Blog prezentujący moje prace związane z rękodziełem - przeważa haft krzyżykowy.
czwartek, 23 października 2014
Muszę, bo się uduszę
No po prostu muszę to zrobić! Nie wiem kiedy, wszak dwa rozgrzebane kolosy, UFOK, który się doczekał zaszczytu powrotu do niego, biedrona, w planach dwa duże kuchenne obrazy, no i to. Ale po prostu muszę. Uwielbiam geometryczne wzory (czego dowodem fraktalowy zegar), na początku wydawało mi się, że to nawet nie krzyżyki, a needlepoint (a może przerobię wzór na needlepoint, kto wie?). Również - wbrew pozorom - nie jest to mała praca, o nie. 168x168. Nie równa się z kolosami, no ale jednak. Nawet mężowi się spodobało. Na listę więc trafi na pewno.
wtorek, 7 października 2014
Październikowa biblioteka
Przy okazji wymyśliłam też własny harmonogram - strona Biblioteki i strona Zegarów (chyba, że mnie poniesie w którejś z prac, ale mam przyzwolenie moje własne na nie więcej niż 2 strony bez zmiany pracy).
Dobra, koniec tego gadania, czas coś pokazać. Stan na 7 października, 5 dni wyszywania (dzisiaj jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa). Jak widać, fajnie idzie, bo już ze dwa kwadraty zrobiły się przy okazji, nie musiałam w nich zaczynać żadnej nitki, tylko powstały nitkami, które były zaczęte obok. Wyszedł też mniej więcej styl i kolejność wyszywania - kwadracik po kwadraciku, po 2 kolumny. Teraz więc będzie 3 i 4, wiersze aż do 8-mego, potem 5, 6 i pewnie 7 od razu, bo ta kolumna jest podzielona między strony, potem kolejna strona. Tutaj nie wiem, czy będę szła w drugą, czy trzynastą - na dole. Kanwę mam rozpiętą tak, że są doskonale widoczne i dostępne całe cztery strony, 2x2 dokładnie.
Żeby było zabawnie - ufoki, jak leżały, tak leżą. Metryczki dzisiaj wręczam - nad ranem urodziła się Wiktoria, w końcu jestem prawdziwą ciocią, a nie tylko żoną wujka. A co do innych prac - wymyśliłam dwie nowe, na okolice kuchennych drzwi. Mała prezentacja:
niedziela, 5 października 2014
Idzie, idzie nowe. O, już przyszło.
Ale tak miałam zacząć i nie zacząć, tak mi się nie chciało, zegary podgoniłam i w ogóle. Aż tu nagle przyszła inspiracja. Żona kolegi z pracy poprosiła o wzór do zegarów, tak sobie korespondowałyśmy mailowo przez chwilę i zasiała w mojej głowie jedną myśl. Jak sama napisała, nie lubi krzyżyków, tylko robi hafty ściegiem gobelinowym. Hmmm, a może by tak spróbować? Przy małych pracach chyba nie ma sensu, zysk czasowy będzie niewielki. A tu nowa praca, można spróbować czegoś nowego w sensie techniki, jak nie wyjdzie powiedzmy na 100 krzyżykach (półkrzyżykach, ale nie czepiajmy się ;) ), to się najwyżej spruje i zacznie od nowa.
Zaczęłam więc 1 października. I mnie olśniło! Od tej pory kolosy tylko tak.
Wyszywa się inaczej. Szybciej, ale nie dwa razy szybciej. Przy krzyżykach i nawet przy 18ct potrafię czasem zrobić dwa wkłucia na jeden ruch ręki, no przy półkrzyżykach robionych taką ilością nici jest to niemal niemożliwie. Niemal, bo jednak jest takie ułożenie krzyżyków, że się udaje, ale rzadko. Tempo więc wzrosło, ale nie dwa razy.
Ilość nitek - skoro na 18ct krzyżyki pełne robię dwoma nitkami, to tutaj czterema. Powiem Wam, że chwilę mi zajęło zajarzenie tego, że przy czterech można równie cudnie rozdzielać nitki, zaczynać pętelką, itp. No normalnie geniusz robótek, ale ważne, że w końcu to do mnie dotarło.
Dalsze wrażenia. W związku z ilością nici wyszywa się nieco ciężej - normalnie jak fizyczna praca. Przewlec 4 nitki przez dziurkę na 18ct to nie takie nic.
Wielka ilość kolorów. To już mniej związane z samą techniką, co po prostu wzorem. 89 kolorów, część się powtarza z zegarami, generalnie - dużo dobra. W poprzednim poście pokazałam zdjęcie organizera na mulinę do takiej pracy. Inaczej nie umiałam. Robiłam bałagan straszny, usprzątanie kilkunastu - kilkudziesięciu bobinek po każdej sesji, po dwóch już miałam dosyć (to, plus moje wywalenia pudełek i układanie wszystkiego od nowa). No i nawlekanie - też normalnie odkrycie roku! Przy zegarach wpadłam na to chyba w połowie pierwszej strony, może na drugiej? Że trzeba mieć tyle igieł, ile nici, to się to wiecze odkręcanie, nawlekanie, zakręcanie nieco zmniejszy. To się zmniejszyło. Tylko, że nie mam wolnych 80 igieł. Raptem 20. Ale to już coś. Dopiero co zaczęłam pracę, a już się zdarzały powtórzone kolory, więc JUŻ jest zysk. A będzie jeszcze większy, jak wszystkie kolory zacznę i będę miała igły. 80 igieł zamówionych, będą niestety dopiero w przyszłym tygodniu.
Jeszcze kilka słów o organizacji haftowania, zaraz będzie o jej kolejności.
Jak można było zauważyć w poprzednim poście, haftuję z pomocą komputera. Nie zamierzam nie korzystać z techniki, jeśli jest po prostu pomocna ;) Nie zamierzam nikogo przekonywać do tego, jako do jedynej słusznej metody, nawracać czy udowadniać wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Mnie jest prościej, więc ja korzystam. A że jeszcze ktoś się zainspirował - tym lepiej.
I bardzo ważna rzecz - ustawienie tych wszystkich ustrojstw do haftowania. Mamy więc wygodny fotel, obok podnóżek, na którym jest laptop (duża krowa 17 cali, więc zajmuje dużo miejsca, ale nie męczy wzoru, kiedy trzeba obserwować, co za chwilę wyszyć), przede mną krosno (dopasowane wysokością do fotela właśnie, wszak mam problemy z kręgosłupem - za darmo na tym l4 nie siedzę), po prawej stronie na krześle jest pojemnik z mulinami i pudło z igłami (taki miniigielniczek, już widzę, że się nie sprawdza i będę musiała wymyślić jakiś inny). Zajmuje to bardzo dużo miejsca, naprawdę. KIedy kończę sesje, pudełka lądują jedne na drugich, krosno wynoszę do innego pokoju (jest duże, ale w miarę lekkie, więc jest też przenośne), komputer wraca na stół, albo na jakąś stertę papierniczo-elektroniczną.
I kilka słów o kolejności wyszywania.
Zaczęłam parkować. I jak szybko zaczęłam, tak szybko skończyłam. Nie łapię, nie czaję, nie widzę sensu, bo po prostu co chwilę przyszywałam zaparkowane nitki, a odganianie się od nich przy moim trochę chaotycznym sposobie haftowania za dużo nerwów mnie kosztuje. Oczywiście haftuję stronami, ale tylko tak trochę ;) tak z przymrużeniem oka. Zaczęłam od lewego górnego rogu i posuwam się kwadratami w dwóch kolumnach w dół. W aktualnej sesji mam nadzieję skończyć kwadrat 9, więc będą zakończone 4 rzędy po 2 kwadraty 10x10 i jeszcze jeden kwadracik poniżej. Tak, powiedzenie, że będą zakończone, jest bardzo dobrym określeniem. I ujawnia też, dlaczego parkowanie jednak do mnie nie trafiło. Pomijając burdel w nitkach, nie widzę sensu przerywania pracy z danym kolorem tylko dlatego, że skończyłam dany kwadracik ;) Robię więc z niego kolory po kolei, ale ani nie kończę nitki, kiedy skończę kwadrat, ani jej nie parkuję. Wyszywam to, co się mieści w jej zasięgu. Głównym kierunkiem jest dół, ale jeśli jest tak, że kolor idzie głównie w poziomie, to nie ma mocnych - idę w prawo. Dzięki temu mam niecałe 9 kwadracików skończonych, ale zaczętych prawie setkę. Fotka z postępami będzie w dniu publikacji w grupie na FB, żeby nie było, że rzucam zdjęciami na lewo i prawo ;)
I tak sobie kończąć niteczki zawędrowałam na stronę nr 2 - po prawej stronie, i na stronę nr 13 - na dole. Może to uratuje obraz od pocięcia na kwadraciki / strony, skoro kolory mniej więcej płynnie przechodzą. Oby!
Ratuje mnie to też w sytuacji niedoboru igieł - kiedy kończę nitkę, nie muszę nawleczonej nigdzie odkładać, bo nie ma nitki po prostu :)
A teraz biegnę do dzieci - wyhasane chyba są zmęczone, może pójdą sensownie spać i da się dzisiaj coś podziubać.
piątek, 3 października 2014
Technika w służbie haftu ;)
Nie umiałabym teraz wyszywać bez komputera. Mówię oczywiście o większych wzorach. Malizny to wiadomo, wydrukować (czyli też komputer) i można dawać. Chociaż sprawdzenie, czy ma się wszelkie muliny, najszybciej się odbędzie z elektronicznym spisem mulin (podział na ariadnę i dmc), gdzie poza ogólną informacją mam / nie mam, jest jeszcze info o starym / nowym numerze oraz miejscu przechowywania (pudełko główne, zapasy, któraś z prac - wszak ile razy się zdarzało dokupowanie mulin, których nie ma, a tak naprawdę są, ale z haftem zapakowane gdzieś tam leżą).
Nie wspominam już o samym szukaniu, kupowaniu i drukowaniu wzorów - no nijak bez komputera się nie da, choś kiedyś to jeszcze gazetki były ;)
Dobra, mamy wzór. Mamy mulinę. Jak nie mamy - ebay, allegro, albo chociażby spis tego, co jest do kupienia (nie mówię o ilościach typu 20 motków).
Są zakupy i wszystko! Można wyszywać. Aha. Na pewno.
Wszystkie, ale to wszystkie duże wzory są w postaci czarnobiałych piktogramków. Nie dziwię się przy ilości kolorów np. 90, albo 25 odcieniach szarości. Nie rozpozna się tego w kolorkach. Tylko problem jest taki, że na karteczke ja tego też nie rozpoznam. Kiedy robiłam malizny dla dziewczynek (myszor czy tam inne króliczki), które były w schematach czarnobiałych, to je po prostu kreśliłam mazakami, bo ja jestem taka ślepa, że co prawda dostrzegam, ale co chwilę coś pominę, potem uzupełnianie nie dość, że trwa (odnaleźć, gdzie się jest, jaki krzyżyk zapomniany), marnują się nici na kolejne przejścia, a co najważniejsze - ciężka cholera mnie bierze, że tę samą robotę muszę wykonywać po kilka razy. Ale kreślenie swój czas też zajmuje. I schemat czytelnością nie grzeszy. Pomijam już taki drobiazg jak powtórne wykorzystanie schematu - nie da się, cały jest porysowany.
O dużych pracach to już w ogóle nie mówię. Bibliotekę zaczęła robić systemem 10x10. Zaczęłam, po czym zaraz mi przeszło. Zaczęłam też parkować. Tak, też mi zaraz przeszło (o bibliotece w odrębnym poście). Mam ja sobie odpalonego kompa, gdzie proste, ale jakże przydatne programy zaznaczają mi tylko pojedyncze znaczki do wyszycia. Cud miód i malina :) Złapałam się na tym, że biblioteki mogłabym w ogóle nie drukować, bo i tak ze schematu nie korzystam (najpierw wykorzystywałam do poszukiwania numerów nici po symbolach - jako, że musiałam przejrzeć listę ze 2-3 razy, zanim coś znalazłam, porzuciłam nawet i to i wyszukuję normalnie w dokumencie).
Nie chciało mi się w pewnym momencie odpalać kompa, to machnęłam kilka krzyżyków ze schematu. Szkoda, że nie zauważyłam kilku innych ;) No doprawdy. I jeszcze prucie zaliczyłam. Pewnie umiałabym, gdybym była zmuszona. Ale nie jestem. Można się posiłkować techniką, więc ją wykorzystuję.
I jeszcze jeden aspekt. Statystyki. Uwielbiam liczby, w których można wyciągnąć jakieś informacje. Zapisuję więc sobie, od kiedy do kiedy wykonuję jakąś stronę (to w zegarach), aczkolwiek zabrakło mi tutaj informacji nie tyle o tym, ile dni minęło w kalendarzu, ale ile dni z wyszywaniem było - tak łatwiej ocenić, czy coś się wyszywa szybko czy wolno, bo jest różnica, jeśli jestem tydzień na l4 i na wyszywanie mogę poświęcić 5h dziennie, a np. przez trzy tygodnie nie mam czasu kiedy wziąć igły do ręki. Przy bibliotece więc będę zapisywać też ilość dni, w których rzeczywiście mogłam do pracy usiąść.
Statystyki do zegara wyglądają tak, że najszybciej jedną stronę zrobiłam w 3 dni (l4 i tylko zegary). Najdłużej - 1,5 miesiąca (ale po drodze przeprowadzka, czy jak niedawno - metryczki). Przy bibliotece - dopiero zaczęłam, ale tempo jest niezłe (jednocześnie spadnie to przy zegarach, bo się nie rozdwoję). Jak się prace będą potem przeplatać - a to wyjdzie w praniu :)
A skoro już nie tylko o samych haftach - musiałam w końcu zrobić porządek z muliną. 90 kolorów do jednej pracy - dotychczasowy rekord. Zdążyłam pudełko z mulinami wywalić tylko dwa razy (i układać to wszystko od nowa), z miejsca, gdzie były pierwotnie układane panny wywaliły mi je też tylko raz czy dwa. Jako, że wczorajsze prace - zanim jednak doszłam do wniosku, że trzeba kupić ze 100 nowych igieł, wyglądały tak, że wyciągam mulinę, a potem bobinkę gdzieś tam rzucam, a potem muszę wszystko porządkować od nowa, trzeba było zrobić pojemnik z przegródkami na każdą jedną bobinkę. Udało się! Prościej byłoby, gdybym najpierw posprawdzała różne rozwiązania, zamiast np. pociąć cały kartonik, żeby się okazało, że jest ze zbyt miękkiego papieru ;) No ale teraz technika już opanowana, jakby trzeba było następne, to pół godzinki i zrobione. Ta da! Wiem, nie wygląda cudnie, ale cokolwiek by się z nim nie działo (poza rzucaniem do góry na kilka metrów), muliny będą na swoim miejscu.
Puste miejsca to numery mulin, które są wykorzystywane w zegarach, nie chciało mi się dublować bobinek, będę na bieżąco dobierać.
wtorek, 30 września 2014
Zegary, 12 stron
Efekty - bez lampy błyskowej:
I z lampą:
I tak czekałam na 1 października, żeby zacząć bibliotekę, a aktualnie nie chce mi się do niej sięgać ;) Zobaczymy, co mi jutro wpadnie w łapki.
Np. nowe prace dla dzieci ;) Wzory na Kłapouchego, Tygryska, Prosiaczka i Puchatka (oczywiście!) już są.
poniedziałek, 29 września 2014
Stron 11 - zegary
No wiem, nie robiłam strony półtora miesiąca, tylko przez półtora miesiąca robiłam a) nic, b) magnesiki, c) metryczki, d) wszystko inne :) Trochę mnie też życie momentami pokonywało, ale już jest trochę lepiej. O samych statystykach wspomnę w notce jutro albo pojutrze.
Prezentacja strony nr 11 i zaczętej nr 12 (dziś lub jutro zostanie zakończona).
Zakryłam plamkę, jaka się zrobiła ze zmywalnych mazaków - wyglądała bardzo nieestetycznie ;) Jak widać, od poprzedniej prezentacji sporo się zmieniło. Dla przypomnienia, poprzednie foto było z czerwca i zawierało stron 7. Powstało 5 kolejnych - podgoniłam przez wakacje i ostatnimi dniami.
A w ogóle to prezentacja miała nastąpić w sobotę, ale podczas dodawania zdjęć siadł na chwilę prąd, a więc też internet, a potem nie miałam czasu zupełnie.
Teraz z czasem będzie nieco lepiej, ze względu na fatalny stan zdrowia i sytuację dookoła dostałam l4 i będę na nim dochodzić do siebie. Trzy tygodnie w domu. Tak, tego mi potrzeba. Obezwładniający, ogłupiający spokój i nie dzianie się nic - tego teraz potrzebuję. Trzy tygodnie w domu, dzieci w przedszkolu, może mi pomoże. Szkoda gadać o mojej kondycji.
środa, 24 września 2014
Magnesiki i metryczko-prezenty
a dla jej starszej siostry taki kiciuś:
Moje dziewczęta zachwycone obrazkami i wyszywaniem (pomagają mi, jak mogą), poprosiły o auta. W końcu to dziewczyny ;) Wyszły tak:
Zamierzałam zrobić prezentację w ramkach, ale historię z tymi dla moich dzieci już opowiedziałam, a dzisiaj doszła historia o ramkach dla córek mojego brata - rozwaliłam jedną podczas wkładania obrazka, drugiej nawet nie ryzykowałam (bo jeszcze bym stłukła szkiełko i się pocięła). Jutro kupię jakieś inne, może wtedy obrazki doczekają się ładnej prezentacji.
W ramach przekupywania starszej z córek mojego brata - zaproponowałam zrobienie magnesiku w ulubionym kolorze czerwonym, padło na żabę. Córki nie chciały być gorsze, zgodziły się na kaktusiki, których wzór chodził za mną od jakiegoś czasu, ale tak zapomniałam, gdzie go posiałam - przy porządkach ostatnich się znalazł, co oznacza, że to był znak ;) i trzeba było wykonać takie hafciki:
Przy okazji widać, że mam porysowaną lodówkę ;)
Opóźnienie - znowu. I uwaga techniczna
I jeszcze uwaga techniczna. Poprzedni mój blog: krzyzykowy.jogger.pl w końcu wstał, ale zraził mnie okrutnie, tak, jak napisałam wczoraj. Sukcesywnie będę dodawała notki z tamtego bloga, bo nie chciałabym stracić archiwum.
wtorek, 23 września 2014
Początek
Poprzednie jakoś dogorywa. Nie dlatego, że nie piszę, ale skoro już coś chcę opublikować, a strona leży, a potem leży, a potem nadal nie wstaje, to znak, że czas się przenieść gdzie indziej.
Poprzedni adres, tak dla pamięci, jeśli jeszcze kiedyś się podniesie: krzyzykowy.jogger.pl. Jak tylko wstanie, wskażę tam również przekierowanie tutaj.
A teraz kilka słów o mnie.
Wyszywam od dawna. Krzyżykami. Bardzo rzadko czymś innym (blackword, needlepoint, nic więcej). Pierwsze hafty w podstawówce, potem jakieś drobiazgi w szkole średniej, na studiach sobie przypomniałam, zrobiłam dużą pracę (dużą wg. tamtych ocen - miała z 200xx na 160-180?), zaczęłam kolejną, porobiłam malizny, a potem poszło!
Czasem bawię się w maleństwa (a to prezent, a to magnesik, a to mały obrazek), ale miłością wielką są duże obrazy. Dopiero niedawno dorosłam do naprawdę wielkich - o nich w następnych postach.
Z aktualnych prac:
Zegary
Kiedy skończę aktualne strony (11 i 12, czyli będzie już drugi rząd), zamieszczę aktualne foto prac.
Zabieram się do biblioteczki (grupa SALowa na FB :) )
I kończę maleństwa prezentowo-niespodziankowo-urodzinowe. Zrobię fotki popołudniu - mam nadzieję, że dzisiaj w końcu ostatnie pracki (bo nie można ich nazwać pracami) będą wyprasowane i oprawione.
wtorek, 16 września 2014
Notek brak - ale jak to?
Nie piszę, bo nie robię zdjęć. Właśnie dlatego.
Zegar podgoniony ostro w wakacje. Oraz przez jedno czy drugie posiedzenie już po wakacjach. Ale nie zrobiłam zdjęć. Jedno zrobiłam, ale było bardzo brzydkie. A tak to mi się nie chce ściągać haftu z tamborka ;) I zgrywać fotek. Potem odłożony, bo robię inne rzeczy. Za niedługo urodzi się bratanica, która ma już starszą siostrę. Zrobiłam więc metryczkę dla nowego maluszka, a dla starszej też coś a'la metryczka. I moje panny zaraz mają urodziny i zażyczyły sobie małych autek (tak, to są dziewczynki). Autka są bardzo, bardzo proste, jeśli tylko moje samopoczucie nie sprawi, że nieomal stracę przytomność wieczorem, to powinny być skończone dziś lub jutro. Mam na nie ramki, więc powinno pójść szybko: haft, pranie, prasowanie, obramowanie i pochwalenie się :) Za to kilka moich uwag, jakie mi się nasunęły podczas prac nad tymi maleństwami.
Zapomniałam, jak to jest haftować na TAKIEJ rzadkiej kanwie. Metryczki robione na 14ct, obrazki dla panien - na cielistej aidzie 12ct. Te krzyżyki są olbrzymie! Ale za to jakie proste, jakie piękne, jaki obrazek dopracowany ;)
Kolejna uwaga: po fali, która się przetoczyła przez hafciarsko-blogowy światek mogę powiedzieć tyle: bardzo fajnie się pracuje jednocześnie nad tyłem, jak kolorów jest mało. Jak robiłam maleńkie obrazki, gdzie są plamy kolorów, które się ani nie mieszają, ani nie są w wielkich odległościach, ani nie ma konfetti - ojej, jakie tyły są piękne. Wymuskane i dopracowane, bez żadnego wysiłku. Natomiast jak kolorów jest kilkanaście - kilkadziesiąt - powyżej stu - nie ma opcji, nie uwierzę, że praca nad tyłem to nie są dodatkowe koszty i - wg. mnie - zawracanie głowy. Nie mówię o oczywistościach, czyli np., żeby ładnie przykryć nitki, żeby nie przebijały, żeby nie było za dużo namotane w jednym miejscu. Ale np. kończenie i zaczynanie niteczki, kiedy do przejścia jest 5 krzyżyków - nie uwierzę, że początek i koniec nie zrobią większego bałaganu, niż przeciągnięcie tej nitki nawet i przez 15 krzyżyków. Haftuję, bo tworzę coś, co mi się podoba. Haftuję, bo robię coś, co podoba się innym. Na prezent, na ozdobę ściany, żeby zaznaczyć szczególność jakiejś relacji (w prezencie dla naprawdę bliskich osób). Dlatego, że mnie to odpręża. A kończenie nitek przy przejściach co 10 krzyżyków jawi mi się jako pierwszej kategorii mordęga.
I jeszcze kilka planów, też takich mini-mini. Kojarzycie perminki z czerwonym garbusem?
Tak, to te:
.jpg)
Mam już kwadratowe ramki :)
Ach, no i zapomniałabym - w październiku ruszam z biblioteką. Przed urlopem, czyli jeszcze w lipcu, w końcu przeniosłam mulinę na bobinki, rozrysowałam trochę kratek na kanwie, rozwiesiłam ją na krośnie (!) i tak zostawiłam ;) A tu nagle na fb otworzyła się grupa dla osób, które zaczynają swoje HAEDy w październiku / listopadzie. To jeszcze miesiąc spokojnie poczeka.

