Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2015

Troszkę mnie nie było - zegary, zmiana planów, wielkie pranie

Troszkę mnie nie było. Już się tłumaczę.
Najpierw - przed wyjazdem, gnałam z pracami i pakowaniem się, żeby a) spakować się i pojechać, b) wyrobić się z założeniami planu na luty. Udało się, choć bodajże koło północy ;) I nie było kiedy robić notek. A potem był wyjazd i duuuuuużo krzyżyków, bo jak dzieciaki szaleją w kulkowni (była w hotelu :) ), to można siedzieć z pracką. To siedziałam. A potem musiałam tutaj coś skończyć, tam dopracować, zrobić zdjęcia i dostać natchnienia. Oto jestem!

Na pierwszy ogień idą Zegary. Oj, dawno nie miały prezentacji. Tak wyglądają po zrobieniu strony nr 14:


A żeby było zabawniej, nie było prezentacji strony 13. Bo jakoś tak. No nie było i już. Strona 14 w szczególikach wygląda tak:


Jak widać, prezentują się piękne. Takie niepoplamione, rozłożone i w ogóle. Uwaga, znowu będzie o mojej głupocie. Jak pamiętacie, zegary były pomalowane mazaczkiem. Który, jak się okazało na Bibliotece - niby się spiera, ale nie do końca :> Zanim jednak postanowiłam wyprać WSZYSTKO, co ma jeszcze ślady kratkowania, w tym przypadku chciałam wykorzystać istniejące krateczki i ułatwić sobie sprawę z żyłkowaniem. Z przerwami zajęło mi to pół dnia. Ale są wyprane, czyściutkie, znowu po kuracji chlorem (nie wiem, jakim cudem nitki to znoszą, normalny, chlorowy wybielacz, a one nic ;) za to mazak idzie w cholerę).

A po drodze wymyśliłam, że zmieniam sposób pracy. Zostawiam tamborek przy Zegarach i przesiadam się na krosno (zdjęta z niego Biblioteka jest odłożona - o tym za moment). Będę robić tę prace kolorami. Ciężka cholera mnie bierze, jak na stronie jest kilkanaście krzyżyków, potem na następnej znowu, ale przecież jedna strona na raz. A kij z tym, nie pasuje mi i tyle. Od wczoraj macham kolorami, wiadomo, w granicach rozsądku, nie będę latała z kolorem pięć stron dalej, ale generalnie, jak się za jakiś wezmę, to może na nieco więcej niż 5 krzyżyków, bo mnie przy tym krew zalewa, i zawsze przy zakończeniu strony mam np. 150 krzyżyków w 18 kolorach. Cholera by je wzięła :> Chyba się nie nadają do takich pstrokacizn - wniosek na przyszłość, że b. dokładnie trzeba się przyglądać wzorom, które idą na warsztat.

Przy krośnie rozłożonym tak, że wchodzi cała praca - może praca kolorami na jakimś tam obszarze będzie realna. Sprawdzę oczywiście w praniu ;)

Tak wyglądają Zegary rozpięte na krośnie:


Stwierdziłam, że zacznę od czarnego, najprościej :) a żeby nie łamać krzywizn i takich tam, to zacznę od strony na samym brzegu, a co ;) Jak szaleć, to szaleć:






Tutaj po postawieniu 675 krzyżyków:


I jeszcze kilka uwag ogólnych:

Materiały są jakieś porąbane. To nie jest tak, że z uporem godnym lepszym sprawy kratkowałam materiały, z których mazak nie chciał schodzić. Otóż zawsze schodził. Jak wykazało przedwczorajsze wielkie pranie, mazak zszedł od ręki z pracy porysowanej dwa miesiące temu, z takiej, która ma ponad 4 lata - też. To były kanwy 14ct. Kijowo schodzi z 18ct, którą posiadam. To mam na usprawiedliwienie swojej głupoty :) Po prostu zawsze tak to działało, że działało, to skąd się mogłam spodziewać, że nagle przestanie? No teraz już jestem mądrzejsza i nie będę ryzykować. Żyłka Twą przyjaciółka, droga hafciarko.

I drugie, jeśli chodzi o ogólną organizację prac. Na razie odłożyłam na bok Bibliotekę. Próba ciągnięcia dwóch kolosów przy jednoczesnych kilku innych pracach, była pomyłką. Skoro przez ponad 5 miesięcy byłam w stanie machnąć 2 strony, a to i tak dlatego, że "trzeba trzeba, odpaliłaś pracę, to trzeba", to znaczy, że to nie jest dobry pomysł. Na dodatek - przy ostatnim praniu miałam przez moment cichą nadzieję, że ten wybielacz jednak zeżre nitki i będę miała wymówkę, żeby pracy nie kontynuować :> To mówi samo za siebie. Na chwilę obecną nie ma sensu ciągnąć być może nieudanego projektu. Nieudanego, bo przeceniłam swoje siły i koncentrację - nie jestem w stanie długo ciągnąć tylko jednej pracy, płodozmian dobrze mi robi na mózg. Nieudanej, bo męczy mnie bardzo 90 kolorów, nawet pomimo wypracowanej techniki, co zrobić, żeby się w tym nie gubić. Nieudanej, bo straciłam pewność, że wzór mi się podoba. No nic, najwyżej się nauczę na własnych błędach. Nici dużo nie zużyłam, co kupiłam, to zostaje, kanwa jest do ew. odzyskania, bo przecież zahaftowany tylko kawałek. Ale to tak na wszelki wypadek, jeśli zapadnie decyzja w ogóle o braku kontynuacji. Na razie jest przerwa. Wrócę do pracy, kiedy skończę Zegary. Jeśli odłożę Bibliotekę i głównym dużym projektem będą Zegary, jest szansa, że zakończę je do końca roku. A po drodze zobaczę :) Prace na ten rok mniej więcej rozplanowane, priorytet to gonienie Zegarów i kończenie tego, co jest pozaczynane, z naciskiem na to, co można skończyć najwcześniej. Ciekawe, jak wyjdzie to :>

poniedziałek, 9 lutego 2015

Biblioteka, luty

No, skończyłam drugą stronę. Dwie strony na pięć miesięcy :> No ale to jest jedna z ośmiu aktualnych prac, to się nie ma co dziwić. I licząc moje ekscesy z wybielaczem ;)

Za to czas wykonania strony drugiej jest fantastyczny - niecałe 20 godzin, ale to tylko dlatego, że wykonując pierwszą, bardzo weszłam na drugą, to miałam dużo zapasu. Ogólnie wychodzi około 200 // na godzinę. Przy wiecznej zmianie kolorów i skakaniem z miejsca w miejsce. Jest nieźle :)

Tym razem nie wyszłam za bardzo poza stronę, kilkadziesiąt krzyżyków, a i to dawno. W nowych nitkach wzięłam i wdrożyłam parkowanie ;) Łącznie nitek zaparkowałam 5 czy 6, bo wymyśliłam to dopiero pod sam koniec - no taki jestem geniusz.

Namęczyłam się potwornie z oznaczeniem kwadracików. Machnęłam kratki koszmarnym - jak się okazało - mazakiem. Rozlał się i miałam takie miejsca w kwadratach, zwłaszcza w zielonej ciapai, która ostatecznie miała być drzewem, że nie wiedziałam, gdzie jestem. Masakra. Zwłaszcza, jak się okazało, że w jednym miejscu pomyliłam się w rysowaniu kratki. To już po prostu strzał w kolano. Ostatnio - przy tym, jak zaczęłam znakować żyłką len, stwierdziłam, że bibliotekę tez pożyłkuję. Od razu człowiek lepiej żyje :) Nie wiem, czy będę ściągać kanwę z krosna i prać znowu, żeby się ten koszmarny mazak sprał, czy jeszcze stronę się pomęczę z podwójnym oznakowaniem, zobaczę, jak tam moje lenistwo będzie się miało :)


Na żywo nie widać prześwitów ;) I u góry jest dużo kreinika, którego na zdjęciach nie umiem uchwycić. No nie umiem no. Widać odejście w bok całych kilku zaparkowanych nitek, taka jestem profesjonalna ;)

Plany aktualne są takie, że gotowa strona co miesiąc - ale jeden miesiąc zegarów, jeden biblioteki. Oczywiście jest to minimum, jak mi podejdzie, to mogę machnąć, ale nie jedną pracę kosztem drugiej, postępy muszą być :)

Z planów na luty wykonane już jest minimum z okien (och, jak to się cudnie robi), zaczęty jest muminek, dorwałam znowu biedronę, pół zaplanowanego na luty tła jest zrobione. Generalnie, do przodu :)

czwartek, 8 stycznia 2015

Biblioteka - styczeń

Wydawało mi się, że zrobiłam takie nic, po czym spojrzałam do statystyk (a co, spisuję sobie), do poprzedniego zdjęcia i my tu gadu-gadu, a od trzech posiedzeń, zrobiło się 1/3 strony. W końcu zaczęły się nawet jeśli nie plamy, to chociaż jakieś większe partie kolorów, mam szansę pomachać jednym kolorem więcej bez dzikiej zmiany co 3 krzyżyki.

Prezentacją ;)

Miesiąc temu było tak:


A teraz 'samo' się zrobiło tak:


I to niby przy świadomości, że prawie biblioteki nie robiłam ;) Ale prawie nic nie oznacza nic. Całkiem nieźle wyszło więc.

Co do dalszych prac - po sprzątnięciu jako-takim salonu na stałe zagościło w nim krosno, więc też można przysiadać na drobne chwile, jeśli tylko wiadomo, gdzie się jest. Na początku strony drugiej problem był taki, że się machnęłam w rysowaniu (bo też rysowałam krateczki na już częściowo zahaftowanej kanwie - kto pamięta moje przeboje z mazakiem, praniem i w końcu WYBIELACZEM? ja jak przez mgłę - złe wspomnienia się wypiera z pamięci, bo człowieka cały czas przejmowałaby groza). Oraz miałam nie w całości narysowaną kratkę, bo przecież już był haft. Przechodzenie przez ten kawałek to była mordęga - generalnie do środeczka tych 2,5 rzędu, które mam zrobione dochodziłam z trzech stron, bo od granic obszaru jakoś umiałam to przeliczyć - od środka za cholerę mi nie szło i pomyłek było pełno.

Jakoś więc będzie się to posuwać do przodu, bo teraz krosno zawsze dostępne, ta kratka już nieco lepsza (ale czerwony mazak jest koszmarny - rozlał się tak, że miejscami trudno powiedzieć, która granica między krzyżykami to granica kwadratu), muszę znaleźć zielony, albo niebieski może? Te jakoś lepsze były.

PS. Przyszły wczoraj nici na trzy kolejne prace - jak szaleć, to szaleć, przygotuję sobie materiał + nici + wzory + koszuleczki na różę, esinteiny i geometrię. A co :) Przyszedł też kolejny kwadracik na sowę, oraz znalazłam kilka nowych wzorów ;) Ale te muszą swoje odczekać. Moje pieprznięcie w temacie liczb poskutkowało ekselikiem, gdzie najpierw wpisałam prace, które są zaplanowane na 2015 rok, ale nie licząc kolosów - te jakby poza planem, bo trudno mi założyć, ile kolosa wyszyję w danym roku. Z przeliczeniem na krzyżyki do zrobienia. Ze zgrubnym wpisywaniem, ile się zrobiło. Z wyliczeniem, ile się powinno robić, jeśli chciałabym podstawowe plany wykonać - podstawowy plan to wszystkie obrazy mniejsze niż róża (a więc geometria w całości też). Cała reszta marzeń będzie mogła być zacząć realizowana dopiero gdy przez czas jakiś będę szła powyżej średniej :) Żeby nie robić wiecznych ogonów ;) Tyle założeń - chyba są ok.

piątek, 2 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Czas na podsumowanie. Troszkę się działo, choć niewiele prac zakończonych (ale nie ma tak, że niczego się nie dało zrobić w komplecie).

Najpierw zaczęłam zegary. Zaczęłam, zaczęłam, gnałam, gnałam, przestałam gnać. Wróciłam w Sylwestra ;) Tak myślałam, że rzutem na taśmę skończę całą stronę w 2014. Nie dałam rady, poszłam usypiać dzieci, usnęłam z nimi, obudziłam się o samej północy i wtedy to i tak by się już nie liczyło ;) Zostało 155 krzyżyków do skończenia strony 13-tej. I męczyłam się cały dzień. Jak jest ponad 20 kolorów na te 155 krzyżyków, rozwalone po całej stronie, to się można zamachać, a i tak idzie jak po grudzie. Skończyłam chyba po 22. Generalnie strasznie było, bo już zostało mi dosłownie KILKANAŚCIE krzyżyków, aż tu nagle dziewczęta, które usnęły o 19, więc miałam w planach do 20 skończyć zegarową stronę 13-tą i wrócić do innej pracy, obudziły się o 21 i 22. I do północy usypiałam. Po drodze zeszłam na momencik do haftu, żeby zakończyć tę stronę, bo mnie już po prostu coś trafiało.

Ostatnia fotka:


Strona 13-ta jeszcze nie sfotografowana, może dziś / jutro / pojutrze - no nie dalej, niż za tydzień ;)

Inne osiągnięcia 2014 roku.
Jakieś maleństwo blackworkowe:


I zakończona Zima:


Zaczęłam bierdonę, ale naprawdę, nie mam nowszego zdjęcia. Trochę więcej jest listków i kwiatków, ale nie wiem, gdzie ją wrzuciłam, żeby ją obfocić na świeżo. Wrócę oczywiście też, bo jest to cudny wzorek.



Potem machałam kolosa zegarowego, machałam, machałam, potem machałam metryczki:



Drobiazgi urodzinowe dla moich dzieci:



Wróciłam na 'moment' do bambusów i chyba teraz je trochę podciągnę. Naprawdę nawet je wczoraj znalazłam - zdjęcie aktualne, jak widać, rameczka z jednych listków prawie gotowa. Napaliłam się na niego znowu, bo jak go skończę, to mogę rozpocząć coś nowego :D



Potem rozpoczęta Biblioteka (od ostatniej prezentacji dorzuciłam może z 200 krzyżyków):


Wniosek z biblioteki: półkrzyżyki mają sens w przypadku prac, gdzie są jakiekolwiek plamy, albo chociaż obszary, gdzie dużo danego koloru jest. Jak się zmienia nitkę co chwilę, to i tak większość czasu schodzi na odzyskiwaniu orientacji: ale gdzie ja do cholery ciężkiej jestem ;)

Poduszki na święta:




Zaczęłam trochę szyć maskotki:




Dorobiony jest duży słoń i słoń niebieski.

Duży słoń:





a żeby widać, jaki jest duży, porównanie z małym:


Duży jest hitem, aczkolwiek sprawia problemy. Mamy wielkie łóżko, ale usypianie dzieci wygląda tak, że jedna chce być na mojej poduszce, druga na tatusiowej, pośrodku słonie - i nie może ich dotykać żadna poduszka, nie można też na nich leżeć. Za to obie chcą się przytulać do mamy. Normalnie akrobatą zostanę.

I zrobiony niebieski - zamówienie było na podniesioną trąbę, nie wiem, czy go nie poprawię (ucinając kawałek trąby po prostu, bo mi nie pasuje wybitnie).


Na uszycie czeka wykrojona duża żyrafa. I mam materiał na poducho-poddupnik, na podłogę. Ale tutaj już musi być dużo natchnienia i dużo obmyślunku, żeby to wyszło w ogóle.

Prawie zapomniałabym o drobiazgu na święta:

kilku muffinkach:


i skończonej w roku 2014 rzutem na taśmę pracy w ramach SAL Rosetta:

Rozety już zastąpiły choinki - sprzątnięte wczoraj.

Rozpoczęłam też prace w ramach SALu z Myszkowatą:


No i tyle.

Miałam napisać też o postanowieniach, ale wyszło tego za dużo i podczas pisania zmieniało się tyle razy, że muszę przemyśleć to po raz kolejny.

środa, 26 listopada 2014

Szybki przegląd prac

Obiecałam porządki.

I były, aczkolwiek trochę mnie przerosły. Poprosiłam o przytarganie wszystkich pudeł, które należą do mnie i zawierają czasem bliżej niezidentyfikowane coś. Po czym dostałam dwa pudła gratisowe - których wcale nie zamierzałam sprzątać ;) za to pudło z wstążeczkami gdzieś mi wcięło. Bo chyba ich nikomu nie dałam. Chyba...


Po uporządkowaniu nieco lepiej - dwa wypełnione małe regaliki, jedno pudło śmieci i cztery pudełka i pojemniczki zwolnione (bo rzeczy uporządkowane poszły do regału). A ile wzorów znalazłam, oczywiście takich, które muszę zrobić ;)


I na szybciutko - korzystając z uprzejmości mojej mamy, która zabrała panny w piątek, mogłam i sprzątnąć i w sobotę dokończyć NARESZCIE stronę biblioteki. Problem z nią jest taki, że to jest naprawdę trudny haft. Wychodzi cudnie i jak już się człowiek wdroży, to nie jest źle. Ale zaczynanie, po takiej długiej przerwie (w ciągu ostatniego miesiąca usiadłam do niej raz! a potem wpadka z mazakami), gdzie krateczki zniknęły, potem w ich rysowaniu się machnęłam, no ludzie, masakra jakaś. 2,5 godziny kończyłam stronę i tak zaczynałam kawałek następnej ;) Efekty na żywo oczywiście o wiele lepiej. Krateczki machnęłam na czerwono, w sumie nie wiem, dlaczego, zielony mi się znudził, czy jak?


No i poduszeczki. W zasadzie robi się coraz bardzie priorytetowa robota, mam niecały miesiąc na skończenie trzeciej poduszki i zrobienie czwartej (dla najmłodszej, nie kordonkiem, a mulinami, bo jest dużo kolorów), a potem wyzwanie, jedno z większych - hafty trzeba naszyć na poszewki. Które muszę uszyć. Wspominałam, że jakoś tak nie jestem biegła w szyciu? Znaczy się nie to, że nie umiem - nie szyję po prostu, więc nie wiem, czy idzie mi to dobrze, czy źle. Jakby co, poproszę o pomoc teściową, ona umie uszyć wszystko :)

Tu wersja poduszki dla moich panien: (jeszcze druga do zrobienia, jestem tak w 1/4?)


 Tutaj poduszka dla ich kuzynki, na której się trochę uczyłam i na której jest trochę błędów, ale cichosza.
Przy okazji widać, jak wygląda igła plastikowa - uratowała me życie, bo haftowanie poduszek normalnymi igłami, choćby wielkimi, jest straszne po prostu.


I obrus! Pamiętacie, mówiłam o materiale na obrus. W zbliżeniu jest taki: widać wstawki aidowe i chyba płateczki śniegu, czy tam inne wzory:


Tak wyglądała pierwsza - wstawki są nierówne, więc wzór spłaszczyłam i rozciągnęłam, żeby wyszedł mniej więcej kwadratowy. Haftuje się oczywiście bardzo przyjemnie, bo wzór megaprosty.


I na razie przekroczyłam plany, bo zamiast 1 tygodniowo, powstały już trzy, po czym cisza na tydzień. Czyli jak zwykle. W ostatniej brakuje kawałka backstitcha.


Przy okazji machnęłam projekcik i muffiny będą w dwóch kolorach i co drugie wystąpienie wstawki - żeby ich zrobić 'raptem' 36, a nie 72. Tłumaczę to sobie tym, żeby nie było pstrokacizny ;)

piątek, 7 listopada 2014

Biblioteka - listopad

Kiepściutko, oj kiepściutko.
Pisałam na fb o tym, że machnęłam sobie krateczkę, problem w tym, że nie tym mazakiem. Ten zielony, ten zielony, kto by się przejmował tym, że jeden nie spiera się zupełnie ;) No już po drugim przedłużania tej krateczki zorientowałam się, że to nie ten spieralny. Przy okazji bibliotekę przenosiłam na krośnie i taka niespodzianka. Ściągnęłam całkiem, do pralki i dawaj. Nie zeszło, nie do końca. Do wywabiania plam chemią jeszcze nie usiadłam - może mężowi zlecę. Benzyna albo denaturat biały. Nie wiem, na razie się zraziłam.
A zanim wrzuciłam pracę do pralki, zrobione było tyle:
Zaczęłam kreinika. O! Mój! Boże! Jaka cudna nić. I tak, w pralce nic się z nią nie dzieje ;) Widać kawałeczek na tym skrawku bez tła. Wspaniałości.
Na tej foteczce widać, jak wygląda kratka po wypraniu juz. Niby nic, ale tam ma być akurat jasna, jasna chmura. Nie wiem, czy zakryje. Raczej tak, ale na razie problem z tym mazakiem mnie odrzucił od biblioteki i tak w stanie odrzucenia sobie trwam. Zapewne wrócę, no ale, na razie mam focha ;)
 

czwartek, 23 października 2014

Inwentaryzacja i hafciarska lista marzeń

Komentarz do poprzedniej notki natchnął mnie do zrobienia listy planów / remanentu / inwentaryzacji, żeby w ogóle wiedzieć, co zamierzam zrobić, co mam do skończenia - tak, dla porządku.
Ostatnie dni nie sprzyjały haftowaniu. Niby to była końcówka zwolnienia lekarskiego (od czterech dni w pracy), ale strasznie zagoniona byłam. Od lekarza, do lekarza. Sprzątanie, gotowanie - dziewczętom zrobiliśmy urodziny w weekend (urodziny miały po prawdzie wczoraj :) ), to wszystko sprawiło, że w kolosach nie zrobiłam nic. Jeszcze w ostatni dzień zwolnienia dziubnęłam pannom dwa zające, wszak od kilku dni są zającami (ostatnio młodsza jest małą kozą, ale w zeszłym tygodniu była zającem, no!). Nawet oprawiłam razem z autkami, proszę, oto fotka


ale od razu widać, że napisy w autkach są do poprawy - za mało odróżniają się od tła (dorobię fuksjowe / fioletowe / czerwone backstitche i będzie ok). No i sama ramka do zmiany, chciałam zające wrzucić do kwadratowych ramek, tylko, że te mi gdzieś w tym rozgardiaszu po prostu zginęły. Na kilka dni zgubiłam też spodnie, co mniej więcej opisuje chaos, jaki był i jest w moim domu :)

Przy okazji powiesiłam poprzednie twory (w tym jeden, który dziewczęta dostały od cioci w dniu urodzin - to metryczka). Reszta to moje dzieła. Ściana w pokoju dziecięcym wygląda mniej więcej tak, koty bardzo fajnie się wpasowały. Musiałam zostawić dużo miejsca wolnego, bo mam jeszcze dwa nierozpakowane obrazy dla dzieci oraz plany! Plany! W tym na obrazki dziecięce też - jest ich tak dużo, a życzenia dziewczyn zmieniają się w takim tempie, że mam zajęcie na długie lata. Na szczęście ścian też jest trochę.



Dobra, to teraz lista.

W trakcie:
Zegary - od dawna nie ruszone, zakończone 12 stron i tyle.


Biblioteka - niewiele brakuje do zakończenia pierwszej strony, ale jak odłożyłam, tak leży. No, może zrobiłam z 50 krzyżyków ostatnio. Bardzo, bardzo niewiele.


Przepraszam za zdjęcie tak bardzo z ukosa, ale krosno jest teraz umieszczone na stercie wszystkiego, nie udało mi się go wczoraj wydobyć. Porządki - w planach na weekend. Wtedy na pewno krosno wydobędę, bo chcę skończyć stronę. W końcu.

Bambusy - wydrukowany wzór raptem 5 lat temu ;) Dokopałam się do niego i zaczęłam dziergać zieleniny. Przy okazji odkryłam, że nie mam wszystkich nici, te, co mam, są źle dobrane i w ogóle, ale muszę to skończyć, aby zacząć jedzeniowe kolosy.

Bambusy odkopane - przez ostatnie trzy lata to chyba tylko backstitche machnęłam wokół czarnych wzorów i trochę tej zieleniny. Po kilku dniach wyglądają już tak (w tym nowa plama po prawej stronie u góry ;) kapnęła woda do picia i rozpuściła mazaczek spieralny - widać, że spieralny, prawda?)



Biedrony - rzuciłam się, jak szczerbaty, na suchary, trochę porobiłam i odłożyłam. Miałam wrócić, ale zgubiłam wzór. Potem wydrukowałam jeszcze raz, miałam wrócić, ale akurat na tyle poprawił się mój stan na tym zwolnieniu, że nie do biedrony usiadłam, tylko do sprzątania świata.

Biedrona wygląda aktualnie tak.

Trochę do zrobienia zostało ;)

A teraz plany, czyli coś, co jeszcze nawet nie jest przygotowane. Ale na liście jest musowo.

Bibliotekarka



Galeria


Duża kanapka


Duży deser



Wzorek geometryczny



I z malizn - seria z czerwonym autkiem



I tutaj bez zdjęcia - dwa obrusiki hardangerowe na komody w przedpokoju - ostatnio odkopałam w końcu małe i średnie serwetki do przystrojenia tych komód i stwierdziłam, że super pasują. Mam jeszcze średniotrafiony zakup - kanwę 18 albo 20, która ma jeden feler, jest nierówna ;) ale do prostokątnego bieżniczka może być. Wzór będzie podobny do tej serwetki, nie wiem nawet, czy go będę rozpisywać, czy nie pójdę bardziej na żywioł, czyli wytnę, zaznaczę granicę i w nich będę się musiała trzymać, bo praca ma mieć wymiary mocno mniej więcej, ma być prosta, ale trochę kolorowa. I nie mieć za dużo wycinanek, bo te, o ile dobrze pamiętam, mojemu zdrowiu psychicznemu nie służą (kiedyś zepsułam serwetkę). Serwetka, która, o ile dobrze pamiętam, robiła się sama, wygląda tak:

Mam też zaczęte dwie prace, które nigdy przenigdy nie zostaną zakończone - jeden obraz ze źle dobranymi nićmi, na złej kanwie 11ct, a poza tym chyba nie mam wzoru. Oraz jedna praca zaczęta na podmalowanym tle i z wydrukowanym wzorem. Masakra. Nigdy, przenigdy więcej. Zaczęte też jakieś serweto-podkładki hardangerowe, ale co do nich, to nie wiem, po prostu nie wiem. Na pewno nie będę ich wykopywać, żeby im robić zdjęcia i żeby mi właziły na ambicje ;)