Motylek nie należy do prac wykonanych po szybkości. A do prezentowanych, to w ogóle.
W październiku! (tak, zeszłego roku) wyszywałam z dziećmi
aż wyszyłam.
A potem leżało. I leżało. I leżało. Dziecko zdążyło się urodzić (w listopadzie), to się w styczniu wzięłam za szycie. I uszyłam. I prawie miałam dać rodzicom, ale nie miałam czasu a) wyprasować, b) kupić poduszki. O prezentacji nie wspominając ;)
I tak pamiętałam o tym, żeby zrobić zdjęcia i w końcu machnąć notkę i mieć temat zamknięty, ale nie! Co robiłam zdjęcia, to potem zatykała się karta, albo dostawałam zaćmienia, zawsze zdjęcia kasowałam, bo wydawało mi się, że już je zgrałam, albo coś. Nie wiem, co wtedy siedziało w moim mózgu. Ale w końcu nie dość, że poszewka wyprasowana, to jeszcze obfocona, a zdjęcia są. Do rodziców chyba pójdzie bez wkładu, bo jakoś do sklepu mi nie po drodze (od października nie umiem pojechać i kupić jakiegoś jaśka). Podobno jaśki w domu mają - tyle dobrego :D
Tak poszewkę umiem uszyć, inaczej nie ma mowy. Bo ja nie umiem szyć :)
Tył na zakładkę (też dlatego, że tylko tak umiem). Materiał taki w paseczki, biało-fioletowe.
A dziecko ma juz trzy miesiące, chyba czas wręczyć podaruneczek :)
Blog prezentujący moje prace związane z rękodziełem - przeważa haft krzyżykowy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poduszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poduszka. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 marca 2016
wtorek, 20 października 2015
Przerywniczątko
Przejścia z bloggerem, wersja kolejna.
Nadal z komputera głównego mojego nie mogę dodawać obrazków - nie mogę, to nie mogę, poradzę sobie inaczej, focha jeszcze nie strzelę. Ale za publikację nieprzygotowanego posta to już bym się mogła obrazić. I prawie to zrobiłam, kiedy po prostu mnie krew zalała, kiedy post się wziął i usunął. I to mówi pożal-się-boże-informatyk - system go nie słucha. Noż ludzie :>
Dobra, to jeszcze raz. Maleńki przerywniczek - dla kolejnej bratanicy czas szykować poduszkę, bo się za jakiś miesiąc czy coś koło tego zamierza urodzić. Wzór musiał być prosty, mały, no i dla dziecka :) No to wybrałam.
Potem dziubanko i niby cały motyl, a efekty niemal żadne, jakieś tam plamiszcza:
Czas na tło i kreseczki.
Tło jest.
Kreseczki też:
No, w końcu motyl wygląda, jak człowiek. Teraz nabierze mocy urzędowej, poczeka z miesiąc-dwa-osiem, aż się wezmę za uszycie poduchy, doczeka kolejnej prezentacji i wręczenia maleństwu :)
I jeszcze kilka fotek z etapu powstawania. Na tym motylu dziewczyny ćwiczyły nie tylko przeciąganie nitki (trenowane od dawna: matka wkłuwa, dziecko przeciąga, matka dostaje piany na ustach, ale takiej tajniackiej, bo co któreś przeciągnięcie to nawlekanie igły od nowa), ale i wkłuwanie - na czerwonych kawałkach i w ogóle wszystko. Tada:
Trzeba było tylko pilnować, żeby nie omijały dziurek :)
Nadal z komputera głównego mojego nie mogę dodawać obrazków - nie mogę, to nie mogę, poradzę sobie inaczej, focha jeszcze nie strzelę. Ale za publikację nieprzygotowanego posta to już bym się mogła obrazić. I prawie to zrobiłam, kiedy po prostu mnie krew zalała, kiedy post się wziął i usunął. I to mówi pożal-się-boże-informatyk - system go nie słucha. Noż ludzie :>
Dobra, to jeszcze raz. Maleńki przerywniczek - dla kolejnej bratanicy czas szykować poduszkę, bo się za jakiś miesiąc czy coś koło tego zamierza urodzić. Wzór musiał być prosty, mały, no i dla dziecka :) No to wybrałam.
Potem dziubanko i niby cały motyl, a efekty niemal żadne, jakieś tam plamiszcza:
Czas na tło i kreseczki.
Tło jest.
Kreseczki też:
No, w końcu motyl wygląda, jak człowiek. Teraz nabierze mocy urzędowej, poczeka z miesiąc-dwa-osiem, aż się wezmę za uszycie poduchy, doczeka kolejnej prezentacji i wręczenia maleństwu :)
I jeszcze kilka fotek z etapu powstawania. Na tym motylu dziewczyny ćwiczyły nie tylko przeciąganie nitki (trenowane od dawna: matka wkłuwa, dziecko przeciąga, matka dostaje piany na ustach, ale takiej tajniackiej, bo co któreś przeciągnięcie to nawlekanie igły od nowa), ale i wkłuwanie - na czerwonych kawałkach i w ogóle wszystko. Tada:
Trzeba było tylko pilnować, żeby nie omijały dziurek :)
piątek, 2 stycznia 2015
Podsumowanie roku 2014
Czas na podsumowanie. Troszkę się działo, choć niewiele prac zakończonych (ale nie ma tak, że niczego się nie dało zrobić w komplecie).
Najpierw zaczęłam zegary. Zaczęłam, zaczęłam, gnałam, gnałam, przestałam gnać. Wróciłam w Sylwestra ;) Tak myślałam, że rzutem na taśmę skończę całą stronę w 2014. Nie dałam rady, poszłam usypiać dzieci, usnęłam z nimi, obudziłam się o samej północy i wtedy to i tak by się już nie liczyło ;) Zostało 155 krzyżyków do skończenia strony 13-tej. I męczyłam się cały dzień. Jak jest ponad 20 kolorów na te 155 krzyżyków, rozwalone po całej stronie, to się można zamachać, a i tak idzie jak po grudzie. Skończyłam chyba po 22. Generalnie strasznie było, bo już zostało mi dosłownie KILKANAŚCIE krzyżyków, aż tu nagle dziewczęta, które usnęły o 19, więc miałam w planach do 20 skończyć zegarową stronę 13-tą i wrócić do innej pracy, obudziły się o 21 i 22. I do północy usypiałam. Po drodze zeszłam na momencik do haftu, żeby zakończyć tę stronę, bo mnie już po prostu coś trafiało.
Ostatnia fotka:
Strona 13-ta jeszcze nie sfotografowana, może dziś / jutro / pojutrze - no nie dalej, niż za tydzień ;)
Inne osiągnięcia 2014 roku.
Jakieś maleństwo blackworkowe:
I zakończona Zima:
Zaczęłam bierdonę, ale naprawdę, nie mam nowszego zdjęcia. Trochę więcej jest listków i kwiatków, ale nie wiem, gdzie ją wrzuciłam, żeby ją obfocić na świeżo. Wrócę oczywiście też, bo jest to cudny wzorek.
Potem machałam kolosa zegarowego, machałam, machałam, potem machałam metryczki:
Drobiazgi urodzinowe dla moich dzieci:
Wróciłam na 'moment' do bambusów i chyba teraz je trochę podciągnę. Naprawdę nawet je wczoraj znalazłam - zdjęcie aktualne, jak widać, rameczka z jednych listków prawie gotowa. Napaliłam się na niego znowu, bo jak go skończę, to mogę rozpocząć coś nowego :D
Potem rozpoczęta Biblioteka (od ostatniej prezentacji dorzuciłam może z 200 krzyżyków):
Wniosek z biblioteki: półkrzyżyki mają sens w przypadku prac, gdzie są jakiekolwiek plamy, albo chociaż obszary, gdzie dużo danego koloru jest. Jak się zmienia nitkę co chwilę, to i tak większość czasu schodzi na odzyskiwaniu orientacji: ale gdzie ja do cholery ciężkiej jestem ;)
Poduszki na święta:
Zaczęłam trochę szyć maskotki:
Dorobiony jest duży słoń i słoń niebieski.
Duży słoń:
a żeby widać, jaki jest duży, porównanie z małym:
Duży jest hitem, aczkolwiek sprawia problemy. Mamy wielkie łóżko, ale usypianie dzieci wygląda tak, że jedna chce być na mojej poduszce, druga na tatusiowej, pośrodku słonie - i nie może ich dotykać żadna poduszka, nie można też na nich leżeć. Za to obie chcą się przytulać do mamy. Normalnie akrobatą zostanę.
I zrobiony niebieski - zamówienie było na podniesioną trąbę, nie wiem, czy go nie poprawię (ucinając kawałek trąby po prostu, bo mi nie pasuje wybitnie).
Na uszycie czeka wykrojona duża żyrafa. I mam materiał na poducho-poddupnik, na podłogę. Ale tutaj już musi być dużo natchnienia i dużo obmyślunku, żeby to wyszło w ogóle.
Prawie zapomniałabym o drobiazgu na święta:
kilku muffinkach:
i skończonej w roku 2014 rzutem na taśmę pracy w ramach SAL Rosetta:
Rozety już zastąpiły choinki - sprzątnięte wczoraj.
Rozpoczęłam też prace w ramach SALu z Myszkowatą:
No i tyle.
Miałam napisać też o postanowieniach, ale wyszło tego za dużo i podczas pisania zmieniało się tyle razy, że muszę przemyśleć to po raz kolejny.
Najpierw zaczęłam zegary. Zaczęłam, zaczęłam, gnałam, gnałam, przestałam gnać. Wróciłam w Sylwestra ;) Tak myślałam, że rzutem na taśmę skończę całą stronę w 2014. Nie dałam rady, poszłam usypiać dzieci, usnęłam z nimi, obudziłam się o samej północy i wtedy to i tak by się już nie liczyło ;) Zostało 155 krzyżyków do skończenia strony 13-tej. I męczyłam się cały dzień. Jak jest ponad 20 kolorów na te 155 krzyżyków, rozwalone po całej stronie, to się można zamachać, a i tak idzie jak po grudzie. Skończyłam chyba po 22. Generalnie strasznie było, bo już zostało mi dosłownie KILKANAŚCIE krzyżyków, aż tu nagle dziewczęta, które usnęły o 19, więc miałam w planach do 20 skończyć zegarową stronę 13-tą i wrócić do innej pracy, obudziły się o 21 i 22. I do północy usypiałam. Po drodze zeszłam na momencik do haftu, żeby zakończyć tę stronę, bo mnie już po prostu coś trafiało.
Ostatnia fotka:
Strona 13-ta jeszcze nie sfotografowana, może dziś / jutro / pojutrze - no nie dalej, niż za tydzień ;)
Inne osiągnięcia 2014 roku.
Jakieś maleństwo blackworkowe:
I zakończona Zima:
Zaczęłam bierdonę, ale naprawdę, nie mam nowszego zdjęcia. Trochę więcej jest listków i kwiatków, ale nie wiem, gdzie ją wrzuciłam, żeby ją obfocić na świeżo. Wrócę oczywiście też, bo jest to cudny wzorek.
Potem machałam kolosa zegarowego, machałam, machałam, potem machałam metryczki:
Drobiazgi urodzinowe dla moich dzieci:
Wróciłam na 'moment' do bambusów i chyba teraz je trochę podciągnę. Naprawdę nawet je wczoraj znalazłam - zdjęcie aktualne, jak widać, rameczka z jednych listków prawie gotowa. Napaliłam się na niego znowu, bo jak go skończę, to mogę rozpocząć coś nowego :D
Potem rozpoczęta Biblioteka (od ostatniej prezentacji dorzuciłam może z 200 krzyżyków):
Poduszki na święta:
Zaczęłam trochę szyć maskotki:
Dorobiony jest duży słoń i słoń niebieski.
Duży słoń:
a żeby widać, jaki jest duży, porównanie z małym:
Duży jest hitem, aczkolwiek sprawia problemy. Mamy wielkie łóżko, ale usypianie dzieci wygląda tak, że jedna chce być na mojej poduszce, druga na tatusiowej, pośrodku słonie - i nie może ich dotykać żadna poduszka, nie można też na nich leżeć. Za to obie chcą się przytulać do mamy. Normalnie akrobatą zostanę.
I zrobiony niebieski - zamówienie było na podniesioną trąbę, nie wiem, czy go nie poprawię (ucinając kawałek trąby po prostu, bo mi nie pasuje wybitnie).
Na uszycie czeka wykrojona duża żyrafa. I mam materiał na poducho-poddupnik, na podłogę. Ale tutaj już musi być dużo natchnienia i dużo obmyślunku, żeby to wyszło w ogóle.
Prawie zapomniałabym o drobiazgu na święta:
kilku muffinkach:
i skończonej w roku 2014 rzutem na taśmę pracy w ramach SAL Rosetta:
Rozety już zastąpiły choinki - sprzątnięte wczoraj.
Rozpoczęłam też prace w ramach SALu z Myszkowatą:
No i tyle.
Miałam napisać też o postanowieniach, ale wyszło tego za dużo i podczas pisania zmieniało się tyle razy, że muszę przemyśleć to po raz kolejny.
czwartek, 4 grudnia 2014
Bzium - poduchy!
A oto i one.
Albo i nie, najpierw słów kilka ;)
Materiały z ikei, kanwa poduszkowa jakaś megastara, nici to kordonki, na żółwia poszła mulina (poza tłem). Idzie masakryczna ilość mulin - wyszywane poczwórną nicią. Nie, że cztery niteczki, tylko 4 pasma po 6 niteczek każde. Na dwadzieścia parę krzyżyków idzie cała mulina. I dobrze, trochę zapasów poszło (jasnozielony środek żółwia był znowu robiony kordonkiem).
Pomysł na poduszki był taki, że machnę jakieś hafty, a potem doszyję tyły. Ale te hafty za małe na całe poduszki. A żółw to już w ogóle (w ogóle żółwia wymyśliłam w ostatnim momencie). Trzeba więc było coś doszyć, ale nie jakoś tak, tylko ładnie, wymyśliłam więc "że niby patchwork". Jak wymyśliłam, tak zrobiłam.
Kilka wniosków. Szycie jest proste ;) Jeśli to tylko proste szycie :D (innego nie miałam). Gorsze jest mierzenie materiału, cięcie, pasowanie, szpilkowanie, pilnowanie, żeby nie utracić za dużo krwi przez te przeklęte szpilki. Ale generalnie mi się podoba, aczkolwiek nakład czasowy jest ogromny. Co prawda doświadczenie też robi swoje - najgorzej było zawsze z pierwszą sztuką, potem już wszystkie trzy "pociąć, poukładać, przeszyć, dociąć następne kawałki". Teraz machnęłabym poduszkę z podkładem pod haft i pleckami w pół godziny, łącznie z cięciem i wyciąganiem pierdół.
Maszyny nie trzeba się bać. Przy poprzedniej próbie, kiedy usiłowałam przyszyć do frottowego ręcznika kapturek (dla dziewcząt małych), połamałam pełno igieł, nawlekanie to jakiś kosmos, a jak się skończyła nitka na małej szpulce, to myślałam, że się potnę - najpierw wymyślić, jak ją wyciągnąć i nawinąć, a potem, jak nawlec. Teraz zrobiło się samo. Chociaż głównej nitki nie zmieniałam, bo nie jarzę tej kolejności - na szczęście wszystko poszło białą.
Dobra, nie marudzę już. Prezentacja.
Poduszki dla moich panien - musiały być prawie takie same, bo nawet, jeśli początkowe zgodzą się na coś zupełnie różnego, to z biegiem czasu im się zmienia i chcą tego samego.
Nie zauważyłam tych nitek podczas robienia zdjęć - wybaczcie. Po praniu wszystko zniknęło. Poduszki i poszewki zostały również wyprane, więc będą doprasowane i lepiej wypchane - to była taka prezentacja na szybko :) I nie, nie są takie krzywe, naprawdę ;)
Oraz poduszki dla kuzynek. Ta z żółwiem dla małego śpioszka, który ma dwa miesiące raptem :)
Plecki we wszystkich wyglądają tak (różnią się trochę zawartością napisów):
Wiem, że moje 'wypocinki' krawieckie nijak się mają do tego, co wychodzi spod maszyn i paluszków bardziej doświadczonych krawcowych, ale ja tam jestem dumna - w końcu to pierwsze coś przeze mnie uszyte (nie licząc tych nieszczęsnych ręczników i krzywych klocków).
Albo i nie, najpierw słów kilka ;)
Materiały z ikei, kanwa poduszkowa jakaś megastara, nici to kordonki, na żółwia poszła mulina (poza tłem). Idzie masakryczna ilość mulin - wyszywane poczwórną nicią. Nie, że cztery niteczki, tylko 4 pasma po 6 niteczek każde. Na dwadzieścia parę krzyżyków idzie cała mulina. I dobrze, trochę zapasów poszło (jasnozielony środek żółwia był znowu robiony kordonkiem).
Pomysł na poduszki był taki, że machnę jakieś hafty, a potem doszyję tyły. Ale te hafty za małe na całe poduszki. A żółw to już w ogóle (w ogóle żółwia wymyśliłam w ostatnim momencie). Trzeba więc było coś doszyć, ale nie jakoś tak, tylko ładnie, wymyśliłam więc "że niby patchwork". Jak wymyśliłam, tak zrobiłam.
Kilka wniosków. Szycie jest proste ;) Jeśli to tylko proste szycie :D (innego nie miałam). Gorsze jest mierzenie materiału, cięcie, pasowanie, szpilkowanie, pilnowanie, żeby nie utracić za dużo krwi przez te przeklęte szpilki. Ale generalnie mi się podoba, aczkolwiek nakład czasowy jest ogromny. Co prawda doświadczenie też robi swoje - najgorzej było zawsze z pierwszą sztuką, potem już wszystkie trzy "pociąć, poukładać, przeszyć, dociąć następne kawałki". Teraz machnęłabym poduszkę z podkładem pod haft i pleckami w pół godziny, łącznie z cięciem i wyciąganiem pierdół.
Maszyny nie trzeba się bać. Przy poprzedniej próbie, kiedy usiłowałam przyszyć do frottowego ręcznika kapturek (dla dziewcząt małych), połamałam pełno igieł, nawlekanie to jakiś kosmos, a jak się skończyła nitka na małej szpulce, to myślałam, że się potnę - najpierw wymyślić, jak ją wyciągnąć i nawinąć, a potem, jak nawlec. Teraz zrobiło się samo. Chociaż głównej nitki nie zmieniałam, bo nie jarzę tej kolejności - na szczęście wszystko poszło białą.
Dobra, nie marudzę już. Prezentacja.
Poduszki dla moich panien - musiały być prawie takie same, bo nawet, jeśli początkowe zgodzą się na coś zupełnie różnego, to z biegiem czasu im się zmienia i chcą tego samego.
Nie zauważyłam tych nitek podczas robienia zdjęć - wybaczcie. Po praniu wszystko zniknęło. Poduszki i poszewki zostały również wyprane, więc będą doprasowane i lepiej wypchane - to była taka prezentacja na szybko :) I nie, nie są takie krzywe, naprawdę ;)
Oraz poduszki dla kuzynek. Ta z żółwiem dla małego śpioszka, który ma dwa miesiące raptem :)
Plecki we wszystkich wyglądają tak (różnią się trochę zawartością napisów):
środa, 3 grudnia 2014
Umiem szyć :) Poduszki, ale zawsze
Okazało się, że umiem szyć. Proste rzeczy i w ogóle, ale umiem. Instrukcja jedna, już przeze mnie zmieniona. Uszyłam jedną poszewkę z koszuli - to było banalnie proste, aczkolwiek jakbym nie zaczęła od zszywania po prawej stronie obyłoby się bez pierwszego prucia ;) Potem uszyłam druga - z zakładkami.
A wszystko to było wprawką pt: "czy w ogóle umiem zrobić cokolwiek", bo przecież wymyśliłam te fikuśne poduszeczki dla panien i ich kuzynek. Zawsze w obwodzie zostaje teściowa, która krawcową jest genialną i uszyje WSZYSTKO na starym singerze z napędem nożno-ręcznym, z prostym ściegiem. Dosłownie wszystko. Moja idolka w tym temacie.
A teraz wracamy do mnie. Doświadczenia "że niby patchwork" ;) zerowe, a wyszło (no dobra, przód poduszki złożony z 5 elementów nie jest jakimś wyzwaniem, no ale wiecie, ja do tej pory nie szyłam maszyną nic prawie, poza klockami, z którymi nie dawałam sobie rady i które wyszły krzywo). Widać, jakiego doświadczenia się nabiera tylko czytając i OGLĄDAJĄC Wasze blogi. Super sprawa - taka nauka przez osmozę.
I tak, już wiem dlaczego "a tę kołdrę szyłam tydzień". Tylko nie szyłam, a cięłam, przycinałam, łączyłam, szpilkowałam, nawlekałam nici i takie tam. Normalnie szycie to się nie powinno nazywać szycie, bo tego jest najmniej ;) I jest najprostsze - maszyna sama prowadzi materiał, o co tyle wrzasku.
Żeby nie było - fotek poduszek dzisiaj nie będzie, bo wczoraj "szyłam" trzy godziny i mam cztery przody do poduszek (haft + rameczka z materiałów), mam docięte i przeszyte zakładki na plecki, mam też wycięte podkładki pod przód, bo nie chcę tak wystawiać haftu, niech będzie przykryty czymś, zanim do poduszki dotrze. To się nawet jakoś nazywa, ale zapomniałam jak. Jak machnę fotki, to mi pewnie powiecie ;)
Plany są takie, że dzisiaj skończę je zszywać, aczkolwiek może wyjść inaczej, bo miałam zamiar przecież popracować trochę więcej przedwczoraj, kiedy to jednak dzieci uznały, że nie idą spać, mamunia musi utulić, i tak je tuliłam, że usnęłam co prawda już ze śpiącą jedną, ale druga dalej brykała - usypiał tatuś. Robota więc była porzucona nagle.
I jeszcze z przemyśleń innych - z najfajniejszego sprzętu to mam tak: kątownik metalowy porządny, długi kawałek panelu (panela?) i poziomicę długą również. A jakbym miała stół z narysowaną miarką co 1 - 5 - 10 cm to już w ogóle. Ale nie rozpędzajmy się - szyłam na razie 1,5 wieczoru ;) Właśnie znalazłam taki stół, ale miarka jest w jednym wymiarze - stół do przycinania tapet. Ale ja już coś wymyślę ;) Może któryś z roboczych poświęcę i porysuję markerem. Hmmm, podoba mi się ta myśl ;)
Zdjęcia jutro, mam nadzieję już gotowych poduszek!
A wszystko to było wprawką pt: "czy w ogóle umiem zrobić cokolwiek", bo przecież wymyśliłam te fikuśne poduszeczki dla panien i ich kuzynek. Zawsze w obwodzie zostaje teściowa, która krawcową jest genialną i uszyje WSZYSTKO na starym singerze z napędem nożno-ręcznym, z prostym ściegiem. Dosłownie wszystko. Moja idolka w tym temacie.
A teraz wracamy do mnie. Doświadczenia "że niby patchwork" ;) zerowe, a wyszło (no dobra, przód poduszki złożony z 5 elementów nie jest jakimś wyzwaniem, no ale wiecie, ja do tej pory nie szyłam maszyną nic prawie, poza klockami, z którymi nie dawałam sobie rady i które wyszły krzywo). Widać, jakiego doświadczenia się nabiera tylko czytając i OGLĄDAJĄC Wasze blogi. Super sprawa - taka nauka przez osmozę.
I tak, już wiem dlaczego "a tę kołdrę szyłam tydzień". Tylko nie szyłam, a cięłam, przycinałam, łączyłam, szpilkowałam, nawlekałam nici i takie tam. Normalnie szycie to się nie powinno nazywać szycie, bo tego jest najmniej ;) I jest najprostsze - maszyna sama prowadzi materiał, o co tyle wrzasku.
Żeby nie było - fotek poduszek dzisiaj nie będzie, bo wczoraj "szyłam" trzy godziny i mam cztery przody do poduszek (haft + rameczka z materiałów), mam docięte i przeszyte zakładki na plecki, mam też wycięte podkładki pod przód, bo nie chcę tak wystawiać haftu, niech będzie przykryty czymś, zanim do poduszki dotrze. To się nawet jakoś nazywa, ale zapomniałam jak. Jak machnę fotki, to mi pewnie powiecie ;)
Plany są takie, że dzisiaj skończę je zszywać, aczkolwiek może wyjść inaczej, bo miałam zamiar przecież popracować trochę więcej przedwczoraj, kiedy to jednak dzieci uznały, że nie idą spać, mamunia musi utulić, i tak je tuliłam, że usnęłam co prawda już ze śpiącą jedną, ale druga dalej brykała - usypiał tatuś. Robota więc była porzucona nagle.
I jeszcze z przemyśleń innych - z najfajniejszego sprzętu to mam tak: kątownik metalowy porządny, długi kawałek panelu (panela?) i poziomicę długą również. A jakbym miała stół z narysowaną miarką co 1 - 5 - 10 cm to już w ogóle. Ale nie rozpędzajmy się - szyłam na razie 1,5 wieczoru ;) Właśnie znalazłam taki stół, ale miarka jest w jednym wymiarze - stół do przycinania tapet. Ale ja już coś wymyślę ;) Może któryś z roboczych poświęcę i porysuję markerem. Hmmm, podoba mi się ta myśl ;)
Zdjęcia jutro, mam nadzieję już gotowych poduszek!
środa, 26 listopada 2014
Szybki przegląd prac
Obiecałam porządki.
I były, aczkolwiek trochę mnie przerosły. Poprosiłam o przytarganie wszystkich pudeł, które należą do mnie i zawierają czasem bliżej niezidentyfikowane coś. Po czym dostałam dwa pudła gratisowe - których wcale nie zamierzałam sprzątać ;) za to pudło z wstążeczkami gdzieś mi wcięło. Bo chyba ich nikomu nie dałam. Chyba...
Po uporządkowaniu nieco lepiej - dwa wypełnione małe regaliki, jedno pudło śmieci i cztery pudełka i pojemniczki zwolnione (bo rzeczy uporządkowane poszły do regału). A ile wzorów znalazłam, oczywiście takich, które muszę zrobić ;)
I na szybciutko - korzystając z uprzejmości mojej mamy, która zabrała panny w piątek, mogłam i sprzątnąć i w sobotę dokończyć NARESZCIE stronę biblioteki. Problem z nią jest taki, że to jest naprawdę trudny haft. Wychodzi cudnie i jak już się człowiek wdroży, to nie jest źle. Ale zaczynanie, po takiej długiej przerwie (w ciągu ostatniego miesiąca usiadłam do niej raz! a potem wpadka z mazakami), gdzie krateczki zniknęły, potem w ich rysowaniu się machnęłam, no ludzie, masakra jakaś. 2,5 godziny kończyłam stronę i tak zaczynałam kawałek następnej ;) Efekty na żywo oczywiście o wiele lepiej. Krateczki machnęłam na czerwono, w sumie nie wiem, dlaczego, zielony mi się znudził, czy jak?
No i poduszeczki. W zasadzie robi się coraz bardzie priorytetowa robota, mam niecały miesiąc na skończenie trzeciej poduszki i zrobienie czwartej (dla najmłodszej, nie kordonkiem, a mulinami, bo jest dużo kolorów), a potem wyzwanie, jedno z większych - hafty trzeba naszyć na poszewki. Które muszę uszyć. Wspominałam, że jakoś tak nie jestem biegła w szyciu? Znaczy się nie to, że nie umiem - nie szyję po prostu, więc nie wiem, czy idzie mi to dobrze, czy źle. Jakby co, poproszę o pomoc teściową, ona umie uszyć wszystko :)
Tu wersja poduszki dla moich panien: (jeszcze druga do zrobienia, jestem tak w 1/4?)
Tutaj poduszka dla ich kuzynki, na której się trochę uczyłam i na której jest trochę błędów, ale cichosza.
Przy okazji widać, jak wygląda igła plastikowa - uratowała me życie, bo haftowanie poduszek normalnymi igłami, choćby wielkimi, jest straszne po prostu.
I obrus! Pamiętacie, mówiłam o materiale na obrus. W zbliżeniu jest taki: widać wstawki aidowe i chyba płateczki śniegu, czy tam inne wzory:
Tak wyglądała pierwsza - wstawki są nierówne, więc wzór spłaszczyłam i rozciągnęłam, żeby wyszedł mniej więcej kwadratowy. Haftuje się oczywiście bardzo przyjemnie, bo wzór megaprosty.
I na razie przekroczyłam plany, bo zamiast 1 tygodniowo, powstały już trzy, po czym cisza na tydzień. Czyli jak zwykle. W ostatniej brakuje kawałka backstitcha.
Przy okazji machnęłam projekcik i muffiny będą w dwóch kolorach i co drugie wystąpienie wstawki - żeby ich zrobić 'raptem' 36, a nie 72. Tłumaczę to sobie tym, żeby nie było pstrokacizny ;)
I były, aczkolwiek trochę mnie przerosły. Poprosiłam o przytarganie wszystkich pudeł, które należą do mnie i zawierają czasem bliżej niezidentyfikowane coś. Po czym dostałam dwa pudła gratisowe - których wcale nie zamierzałam sprzątać ;) za to pudło z wstążeczkami gdzieś mi wcięło. Bo chyba ich nikomu nie dałam. Chyba...
Po uporządkowaniu nieco lepiej - dwa wypełnione małe regaliki, jedno pudło śmieci i cztery pudełka i pojemniczki zwolnione (bo rzeczy uporządkowane poszły do regału). A ile wzorów znalazłam, oczywiście takich, które muszę zrobić ;)
I na szybciutko - korzystając z uprzejmości mojej mamy, która zabrała panny w piątek, mogłam i sprzątnąć i w sobotę dokończyć NARESZCIE stronę biblioteki. Problem z nią jest taki, że to jest naprawdę trudny haft. Wychodzi cudnie i jak już się człowiek wdroży, to nie jest źle. Ale zaczynanie, po takiej długiej przerwie (w ciągu ostatniego miesiąca usiadłam do niej raz! a potem wpadka z mazakami), gdzie krateczki zniknęły, potem w ich rysowaniu się machnęłam, no ludzie, masakra jakaś. 2,5 godziny kończyłam stronę i tak zaczynałam kawałek następnej ;) Efekty na żywo oczywiście o wiele lepiej. Krateczki machnęłam na czerwono, w sumie nie wiem, dlaczego, zielony mi się znudził, czy jak?
No i poduszeczki. W zasadzie robi się coraz bardzie priorytetowa robota, mam niecały miesiąc na skończenie trzeciej poduszki i zrobienie czwartej (dla najmłodszej, nie kordonkiem, a mulinami, bo jest dużo kolorów), a potem wyzwanie, jedno z większych - hafty trzeba naszyć na poszewki. Które muszę uszyć. Wspominałam, że jakoś tak nie jestem biegła w szyciu? Znaczy się nie to, że nie umiem - nie szyję po prostu, więc nie wiem, czy idzie mi to dobrze, czy źle. Jakby co, poproszę o pomoc teściową, ona umie uszyć wszystko :)
Tu wersja poduszki dla moich panien: (jeszcze druga do zrobienia, jestem tak w 1/4?)
Tutaj poduszka dla ich kuzynki, na której się trochę uczyłam i na której jest trochę błędów, ale cichosza.
Przy okazji widać, jak wygląda igła plastikowa - uratowała me życie, bo haftowanie poduszek normalnymi igłami, choćby wielkimi, jest straszne po prostu.
I obrus! Pamiętacie, mówiłam o materiale na obrus. W zbliżeniu jest taki: widać wstawki aidowe i chyba płateczki śniegu, czy tam inne wzory:
Tak wyglądała pierwsza - wstawki są nierówne, więc wzór spłaszczyłam i rozciągnęłam, żeby wyszedł mniej więcej kwadratowy. Haftuje się oczywiście bardzo przyjemnie, bo wzór megaprosty.
I na razie przekroczyłam plany, bo zamiast 1 tygodniowo, powstały już trzy, po czym cisza na tydzień. Czyli jak zwykle. W ostatniej brakuje kawałka backstitcha.
Przy okazji machnęłam projekcik i muffiny będą w dwóch kolorach i co drugie wystąpienie wstawki - żeby ich zrobić 'raptem' 36, a nie 72. Tłumaczę to sobie tym, żeby nie było pstrokacizny ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
