Motylek nie należy do prac wykonanych po szybkości. A do prezentowanych, to w ogóle.
W październiku! (tak, zeszłego roku) wyszywałam z dziećmi
aż wyszyłam.
A potem leżało. I leżało. I leżało. Dziecko zdążyło się urodzić (w listopadzie), to się w styczniu wzięłam za szycie. I uszyłam. I prawie miałam dać rodzicom, ale nie miałam czasu a) wyprasować, b) kupić poduszki. O prezentacji nie wspominając ;)
I tak pamiętałam o tym, żeby zrobić zdjęcia i w końcu machnąć notkę i mieć temat zamknięty, ale nie! Co robiłam zdjęcia, to potem zatykała się karta, albo dostawałam zaćmienia, zawsze zdjęcia kasowałam, bo wydawało mi się, że już je zgrałam, albo coś. Nie wiem, co wtedy siedziało w moim mózgu. Ale w końcu nie dość, że poszewka wyprasowana, to jeszcze obfocona, a zdjęcia są. Do rodziców chyba pójdzie bez wkładu, bo jakoś do sklepu mi nie po drodze (od października nie umiem pojechać i kupić jakiegoś jaśka). Podobno jaśki w domu mają - tyle dobrego :D
Tak poszewkę umiem uszyć, inaczej nie ma mowy. Bo ja nie umiem szyć :)
Tył na zakładkę (też dlatego, że tylko tak umiem). Materiał taki w paseczki, biało-fioletowe.
A dziecko ma juz trzy miesiące, chyba czas wręczyć podaruneczek :)
Blog prezentujący moje prace związane z rękodziełem - przeważa haft krzyżykowy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 marca 2016
piątek, 4 grudnia 2015
Z braku laku, dobry wieloryb :)
Zamówienie dostałam: a uszyjesz mi jamnika? No uszyję, ale czy to musi być jamnik? Laski mi zabrały wykrój i nie oddały - zapewne swoimi osobistymi rękami wrzuciłam go do makulatury, jak stosy innych papierów z ich stolika. Wyszło, że niekoniecznie, byle jakiś stwór. W niemocy twórczej nie do opanowania po smutku związanym z tą nieszczęsną choinką ;) wyciągnęłam materiały i nie wymyśliłam niczego nowego. To wzięłam wzór wypróbowany - wielorybek. Trochę większy niż dotychczasowe.
Wykrój:
Potem, żeby nie było, że same dżędery i zabawki dla dziewczynki w niebieskościach, to walniemy trochę kwiatków - jak dziewczęco, to dziewczęco :)
Tak, właśnie miałam się zabierać do zszywania, kiedy się zorientowałam, że coś nie pasuje - te kwiatuszki to muszą być w środku, skoro potem mają być na zewnątrz - zawsze pierwsze przypięcie jest złe. Zawsze! Ale tutaj już lepiej:
Zszyte i wywrócone:
Jakbym na tym etapie się zorientowała, że zagięcie przy ogonie jest takie sobie, to bym pewnie poprawiła, ale świadomość zyskałam, kiedy wypchałam całość i zeszyłam nawet też, to już naprawdę nie miałam serca, cierpliwości, czasu, ani niczego. Inna sprawa, że rychło w czas - jest to raptem trzeci wieloryb, którego szyję :>
Tutaj jeszcze oczęta - proste mają być, to takie zamknięte są :)
I wypchany wielorybek czeka na ofiarowanie małej dziewczynce:
Wykrój:
Potem, żeby nie było, że same dżędery i zabawki dla dziewczynki w niebieskościach, to walniemy trochę kwiatków - jak dziewczęco, to dziewczęco :)
Tak, właśnie miałam się zabierać do zszywania, kiedy się zorientowałam, że coś nie pasuje - te kwiatuszki to muszą być w środku, skoro potem mają być na zewnątrz - zawsze pierwsze przypięcie jest złe. Zawsze! Ale tutaj już lepiej:
Zszyte i wywrócone:
Jakbym na tym etapie się zorientowała, że zagięcie przy ogonie jest takie sobie, to bym pewnie poprawiła, ale świadomość zyskałam, kiedy wypchałam całość i zeszyłam nawet też, to już naprawdę nie miałam serca, cierpliwości, czasu, ani niczego. Inna sprawa, że rychło w czas - jest to raptem trzeci wieloryb, którego szyję :>
Tutaj jeszcze oczęta - proste mają być, to takie zamknięte są :)
I wypchany wielorybek czeka na ofiarowanie małej dziewczynce:
poniedziałek, 26 października 2015
Sal Choineczka 2015 - odsłona pierwsza
Latam sobie po blogach, jak mnie już weźmie na czytanie i powiem Wam, bardzo lubię wszelkie SALe, Candy i inne akcje, nie dlatego, że w każdym biorę udział - bo zdarza mi się to skrajnie rzadko, ale dlatego, że odkrywam nowe blogi, które można poczytać, pooglądać i pozachwycać się. Poza tym - jak wspomniałam, skrajnie rzadko, ale jednak biorę udział. Niechcący po notce odnośnie nowego SALu trafiłam do pomieszane-poplatane, gdzie jest fajny SAL, w którym udział wezmę. Ba! Nie tylko się zapiszę, ale jeszcze wykonam ;) Chodzi generalnie o zrobienie choinki z poduszeczek małych - jakby połączone biscornu. Zachwyconam pomysłem.
Jakbym miała czekać na nie wiadomo co, to pewnie termin by minął, Wielkanoc przyszła, a ja w lesie z robotą. Przy okazji temat choinki się wziął i wpasował w "nie mam jak wyciągnąć krosna, nie chce mi się NADAL żadnej zaczętej robótki, to się wezmę". Materiał znalazłam, nici wybrałam (jedna to jakiś antyk z Odry, druga to coś z Ariadny - coś czerwonego). Do roboty!
Tutaj widać, jak bardzo samodzielnie mogę robić cokolwiek:
Przy okazji widać oznaczoną kanwę, gdzie tak sobie policzyłam, gdzie który kawałek choineczki może się znaleźć. Tak, jak ktoś dobrze popatrzy, to już wie, jaką sobie niespodziankę sprawiłam :>
Pierwszy kawałek gotowy. Poszedł w miarę sprawnie, jeśli uwzględnić to, że na raz może mogłam postać z 5 krzyżyków, bo zawsze coś :>
I nawet obrys się znalazł (zrobił się, znaczy się :) ).
I już myślałam, że tyle w temacie pracy i na pierwszą odsłonę będzie haft na najmniejszą część choinki, kiedy dziewczęta uznały, że idą z tatą odnosić rzeczy po imprezce, to miałam chwilę wolną.
Kontury, kontury:
WTEM - no litości, największy kawałek choiny źle wymierzony, o 10 krzyżyków za mało. No haha, ale śmieszne. Na szczęście obok jest kawałek innej wielkości, damy radę, przeniosę wielkoluda trochę do góry. Się pomieściło.
Kontur-srątur
A skoro starsza spała w dzień, to i wieczorem nie jest zmęczona, to przez kawałek wieczoru wyborczego szyła ze mną.
Krzyżyczki
i krzyżyczki
Na razie zostawiam na tym etapie. Muszę wydrukować nieco lepiej wzorek, bo jednak na czarno-czarnym kiepsko się rozpoznaje, co jest czerwone, a co zielone. Kontury na pewno miały być zielone, ale reszta ;)
Jakbym miała czekać na nie wiadomo co, to pewnie termin by minął, Wielkanoc przyszła, a ja w lesie z robotą. Przy okazji temat choinki się wziął i wpasował w "nie mam jak wyciągnąć krosna, nie chce mi się NADAL żadnej zaczętej robótki, to się wezmę". Materiał znalazłam, nici wybrałam (jedna to jakiś antyk z Odry, druga to coś z Ariadny - coś czerwonego). Do roboty!
Tutaj widać, jak bardzo samodzielnie mogę robić cokolwiek:
Przy okazji widać oznaczoną kanwę, gdzie tak sobie policzyłam, gdzie który kawałek choineczki może się znaleźć. Tak, jak ktoś dobrze popatrzy, to już wie, jaką sobie niespodziankę sprawiłam :>
Pierwszy kawałek gotowy. Poszedł w miarę sprawnie, jeśli uwzględnić to, że na raz może mogłam postać z 5 krzyżyków, bo zawsze coś :>
I nawet obrys się znalazł (zrobił się, znaczy się :) ).
I już myślałam, że tyle w temacie pracy i na pierwszą odsłonę będzie haft na najmniejszą część choinki, kiedy dziewczęta uznały, że idą z tatą odnosić rzeczy po imprezce, to miałam chwilę wolną.
Kontury, kontury:
WTEM - no litości, największy kawałek choiny źle wymierzony, o 10 krzyżyków za mało. No haha, ale śmieszne. Na szczęście obok jest kawałek innej wielkości, damy radę, przeniosę wielkoluda trochę do góry. Się pomieściło.
Kontur-srątur
A skoro starsza spała w dzień, to i wieczorem nie jest zmęczona, to przez kawałek wieczoru wyborczego szyła ze mną.
Krzyżyczki
i krzyżyczki
Na razie zostawiam na tym etapie. Muszę wydrukować nieco lepiej wzorek, bo jednak na czarno-czarnym kiepsko się rozpoznaje, co jest czerwone, a co zielone. Kontury na pewno miały być zielone, ale reszta ;)
piątek, 23 października 2015
Co można uszyć?
Uszyć można wszystko, nawet psa. Nawet jamnika. Nawet dwa jamniki. A nawet cztery, jak przyjdzie ochota :)
Tutaj faza przygotowań do produkcji, czyli jak by tutaj narysować wykrój, żeby miał ręce i nogi, a tak naprawdę to nogi, ogon i pysk. I uszy. Nawet wyszło.
Potem - z racji braku natchnienia teraz-zaraz-natychmiast wykroje poczekały chwilę, aż nabiorą mocy urzędowej. Potem zostały znowu porzucone. Potem się wzięłam za przewracanie i o ile nosy dawały radę, to ogony dały popalić. Dzieci pomagały w wypychaniu i tak powstała jamnicza rodzinka:
Niebieskie dla prezent dla znajomych chłopaków - trochę cierpię, gdyż zyskały atencję matki, a nie dzieci, ale taki los artysty, nie zawsze trafia w gusta publiczności ;) Moje szkrabulce z psów zadowolone, i to bardzo (te w zygzaki są dla panien).
Jamników chyba powstanie więcej, chyba, że zamówienie zachwyconej mamy będzie opiewało na inne stwory. Się zobaczy :)
Tutaj faza przygotowań do produkcji, czyli jak by tutaj narysować wykrój, żeby miał ręce i nogi, a tak naprawdę to nogi, ogon i pysk. I uszy. Nawet wyszło.
Potem - z racji braku natchnienia teraz-zaraz-natychmiast wykroje poczekały chwilę, aż nabiorą mocy urzędowej. Potem zostały znowu porzucone. Potem się wzięłam za przewracanie i o ile nosy dawały radę, to ogony dały popalić. Dzieci pomagały w wypychaniu i tak powstała jamnicza rodzinka:
Niebieskie dla prezent dla znajomych chłopaków - trochę cierpię, gdyż zyskały atencję matki, a nie dzieci, ale taki los artysty, nie zawsze trafia w gusta publiczności ;) Moje szkrabulce z psów zadowolone, i to bardzo (te w zygzaki są dla panien).
Jamników chyba powstanie więcej, chyba, że zamówienie zachwyconej mamy będzie opiewało na inne stwory. Się zobaczy :)
wtorek, 20 października 2015
Przerywniczątko
Przejścia z bloggerem, wersja kolejna.
Nadal z komputera głównego mojego nie mogę dodawać obrazków - nie mogę, to nie mogę, poradzę sobie inaczej, focha jeszcze nie strzelę. Ale za publikację nieprzygotowanego posta to już bym się mogła obrazić. I prawie to zrobiłam, kiedy po prostu mnie krew zalała, kiedy post się wziął i usunął. I to mówi pożal-się-boże-informatyk - system go nie słucha. Noż ludzie :>
Dobra, to jeszcze raz. Maleńki przerywniczek - dla kolejnej bratanicy czas szykować poduszkę, bo się za jakiś miesiąc czy coś koło tego zamierza urodzić. Wzór musiał być prosty, mały, no i dla dziecka :) No to wybrałam.
Potem dziubanko i niby cały motyl, a efekty niemal żadne, jakieś tam plamiszcza:
Czas na tło i kreseczki.
Tło jest.
Kreseczki też:
No, w końcu motyl wygląda, jak człowiek. Teraz nabierze mocy urzędowej, poczeka z miesiąc-dwa-osiem, aż się wezmę za uszycie poduchy, doczeka kolejnej prezentacji i wręczenia maleństwu :)
I jeszcze kilka fotek z etapu powstawania. Na tym motylu dziewczyny ćwiczyły nie tylko przeciąganie nitki (trenowane od dawna: matka wkłuwa, dziecko przeciąga, matka dostaje piany na ustach, ale takiej tajniackiej, bo co któreś przeciągnięcie to nawlekanie igły od nowa), ale i wkłuwanie - na czerwonych kawałkach i w ogóle wszystko. Tada:
Trzeba było tylko pilnować, żeby nie omijały dziurek :)
Nadal z komputera głównego mojego nie mogę dodawać obrazków - nie mogę, to nie mogę, poradzę sobie inaczej, focha jeszcze nie strzelę. Ale za publikację nieprzygotowanego posta to już bym się mogła obrazić. I prawie to zrobiłam, kiedy po prostu mnie krew zalała, kiedy post się wziął i usunął. I to mówi pożal-się-boże-informatyk - system go nie słucha. Noż ludzie :>
Dobra, to jeszcze raz. Maleńki przerywniczek - dla kolejnej bratanicy czas szykować poduszkę, bo się za jakiś miesiąc czy coś koło tego zamierza urodzić. Wzór musiał być prosty, mały, no i dla dziecka :) No to wybrałam.
Potem dziubanko i niby cały motyl, a efekty niemal żadne, jakieś tam plamiszcza:
Czas na tło i kreseczki.
Tło jest.
Kreseczki też:
No, w końcu motyl wygląda, jak człowiek. Teraz nabierze mocy urzędowej, poczeka z miesiąc-dwa-osiem, aż się wezmę za uszycie poduchy, doczeka kolejnej prezentacji i wręczenia maleństwu :)
I jeszcze kilka fotek z etapu powstawania. Na tym motylu dziewczyny ćwiczyły nie tylko przeciąganie nitki (trenowane od dawna: matka wkłuwa, dziecko przeciąga, matka dostaje piany na ustach, ale takiej tajniackiej, bo co któreś przeciągnięcie to nawlekanie igły od nowa), ale i wkłuwanie - na czerwonych kawałkach i w ogóle wszystko. Tada:
Trzeba było tylko pilnować, żeby nie omijały dziurek :)
czwartek, 3 września 2015
Jedno maleństwo
A w zasadzie dwa. Dwa maleństwa. Geometria, jaka miała być, każdy mógł sobie obejrzeć. O, taka:
Nie wiem tylko dlaczego, okazało się, że kawałek kanwy, który miałam, był krzywy. Cholernie pechowo, jak na wzór geometyczny, gdzie to będzie widać. Pierwszy kwadrat nie był kwadratem:
Nie wiem, co mnie opętało, że nie zatrzymałam się na tym etapie - nie uwierzyłam oczom? - i zaczęłam robić kolejny. To jak zaczęłam, to skończę. I tak poczekało dwa miesiące (swoje kary odleżeć trzeba ;) ), po czym się wzięłam:
I standardowo, najgorzej było się wziąć. Drugi kwadrat był po skosie (naprawdę miałam jakieś zaćmienie - dlaczego? no ja wiem, że wzór, ale chyba miałam jakieś podejrzenie, że kwadratu ostatecznie nie uzyskam, to dlaczego tak?), zrobił się w dwa popołudnia (bo machnięty był tylko jasnozielony, a i to nie w całości).
Dla zachowania konwencji, prezentacja pierwszego w tej samej pozie ;)
We wzorze były backstitche. Wypróbowałam, nie podeszły mi. Może by się miejscami sprawdziły, ale nie wszędzie, a przeznaczenie już było wiadome i było ono zupełnie użytkowe, a nie estetyczne, olałam kwestię. Zszyłam w sobotę, czy tam w niedzielę, małe poduszeczki. Dwie - hurtowo niemalże!
Temat geometrii - jeden z planów na ten rok - odhaczony. Nie wyszło tak, jak powinno, będę miała nauczkę na przyszłość. No i mam poduszki. Jakoś to zniosę dzielnie ;)
Nie wiem tylko dlaczego, okazało się, że kawałek kanwy, który miałam, był krzywy. Cholernie pechowo, jak na wzór geometyczny, gdzie to będzie widać. Pierwszy kwadrat nie był kwadratem:
Nie wiem, co mnie opętało, że nie zatrzymałam się na tym etapie - nie uwierzyłam oczom? - i zaczęłam robić kolejny. To jak zaczęłam, to skończę. I tak poczekało dwa miesiące (swoje kary odleżeć trzeba ;) ), po czym się wzięłam:
I standardowo, najgorzej było się wziąć. Drugi kwadrat był po skosie (naprawdę miałam jakieś zaćmienie - dlaczego? no ja wiem, że wzór, ale chyba miałam jakieś podejrzenie, że kwadratu ostatecznie nie uzyskam, to dlaczego tak?), zrobił się w dwa popołudnia (bo machnięty był tylko jasnozielony, a i to nie w całości).
Dla zachowania konwencji, prezentacja pierwszego w tej samej pozie ;)
We wzorze były backstitche. Wypróbowałam, nie podeszły mi. Może by się miejscami sprawdziły, ale nie wszędzie, a przeznaczenie już było wiadome i było ono zupełnie użytkowe, a nie estetyczne, olałam kwestię. Zszyłam w sobotę, czy tam w niedzielę, małe poduszeczki. Dwie - hurtowo niemalże!
Temat geometrii - jeden z planów na ten rok - odhaczony. Nie wyszło tak, jak powinno, będę miała nauczkę na przyszłość. No i mam poduszki. Jakoś to zniosę dzielnie ;)
poniedziałek, 27 lipca 2015
Uszytki duże
Tak mnie naszło ze dwa - trzy tygodnie temu - na początku haftowanego niechcieja, że może uszyję znowu jakieś maskotki. Panny miały życzenia wszelakie, bardzo dziwne, albo nierealne, albo realne, a mi się nie chciało. I tak szukałam - nie jakoś specjalnie długo, ale jednak i trafiłam na ośmiornicę! Jak się okazało, materiałów wszelakich mam akurat tyle, że wystarczy na to, żeby każde odnóże było innego koloru. I się zaczęło.
Namęczyłam się nieco, bo ja przecież nie umiem szyć. Nie mam narzędzi do ułatwienia sobie życia i cięcia. Nożyczkami wszystko, potem zszywać, wypychać, zszywać, z nóg spódniczkę, żeby ją potem do głowy przymocować, potem lamówka, potem mi się igły łamały, bo warstw za dużo, maszyna stara, a igły zapewne niedopasowane - wspominałam, że nie umiem szyć? A po drodze jeszcze oczy z aplikacji :D Oczy wyszły genialnie.
Ośmiornice się różnią - wszak moje dzieci też. Zaraz po uszyciu była dzika radość, wyprowadzanie ośmiornic na spacer, używanie jako poduszki, etc. Teraz szał nieco zelżał, ale tylko nieco.
Wyszły całkiem duże - na pewno ponad pół metra mają :)
I na pewno będę robić następne uszytki, bo właśnie w promocji nakupiłam trochę materiałów nowych.
Namęczyłam się nieco, bo ja przecież nie umiem szyć. Nie mam narzędzi do ułatwienia sobie życia i cięcia. Nożyczkami wszystko, potem zszywać, wypychać, zszywać, z nóg spódniczkę, żeby ją potem do głowy przymocować, potem lamówka, potem mi się igły łamały, bo warstw za dużo, maszyna stara, a igły zapewne niedopasowane - wspominałam, że nie umiem szyć? A po drodze jeszcze oczy z aplikacji :D Oczy wyszły genialnie.
Ośmiornice się różnią - wszak moje dzieci też. Zaraz po uszyciu była dzika radość, wyprowadzanie ośmiornic na spacer, używanie jako poduszki, etc. Teraz szał nieco zelżał, ale tylko nieco.
Wyszły całkiem duże - na pewno ponad pół metra mają :)
I na pewno będę robić następne uszytki, bo właśnie w promocji nakupiłam trochę materiałów nowych.
wtorek, 17 lutego 2015
Trochę małych, trochę dużych
Opowiem Wam historię.
O durnej mnie :>
Od razu mówię - z happy endem, nikt zawału nie musi dostawać.
Pamiętacie, jakie miałam przeboje z kanwą pod kolosa? Jak to machnęłam krateczki nie takim mazakiem i skończyło się wybielaczem? A po drodze drżeniem serca, czy aby zejdzie tylko mazak, bo to w końcu chlor na nici i w ogóle.
No, to wyobraźcie sobie, że tym razem, tknięta przeczuciem oraz faktem, że mazaczek SPIERALNY nie zszedł z Muminka, musiałam polać wybielaczem kolosa po raz kolejny. Oraz wyprać kanwy na wszystkie Muminki. Oraz oddać mazaki dzieciom - jak machną po ubraniach, to może się spiorą, a może nie, kij z tym, to tylko ubrania. A nie aż hafty.
Zaczęłam żyłkować prace. Nie wiem, dlaczego wpadłam na to dopiero teraz. No takie opóźnienie umysłowe, jak nic. Może dlatego, że kiedyś na czarnej kanwie kratkę machnęłam białą nitkę. Wydziubywanie nitki spod nitek to była masakra, więc też - nigdy więcej. Żyłka jest lepsza. Pan w wędkarskim się nie zdziwił, widział już wszystko - jak stwierdził po odpowiedzi na pytanie o wymagania wobec żyłki, w której nie było nic o rybach, tylko o tym, że ma być cienko i kolorowo ;)
Aczkolwiek żyłkowanie lnu to droga przez mękę, matko, naliczyłam się jak durna, nadziergałam, a potem się okazało, że w którymś momencie machnęłam się o jeden krzyżyk. Lololo. No nic, będę się martwić potem. To w temacie okien, które jeszcze nie miały prezentacji, ale są już piękne, a będą jeszcze piękniejsze.
A teraz obrazki, żeby nie było, że się obijam :)
Bibliotekę ostatnio pokazywałam. Biedronę też. Co ja tam robiłam?
Aha, Muminka. Cała seria ma być, teraz na warsztacie Tata Muminka. Muminek już zrobiony, wyszedł tak, wygląda dziko, bo niewyprasowany i pogięły się krzyżyki w praniu (wyprostują się, luz).
Zostały zamówione ryby. Czarne. Albo jakieś, ale nie pluszowe. Bo Wiktoria napada paszczowo na wszystko, co jej w łapki wpadnie, a ma nie jeść pluszu i innych maskotek. Wiecie, że akurat miałam cudny, dwustronny, czarno-biało-kolorowy materiał w ryby? Nie musiałam się męczyć z kombinowaniem kształtu ryby (wiem, nie jest skomplikowany, no ale zawsze). Wyszło takie coś. Czas wykonania - z pół godziny na całość? Poszłam na łatwiznę, a i tak potrzebowałam natchnienia i czekało to chyba ze dwa tygodniu na zlitowanie.
.
No i z prac planowych - bambuski. Skończyłam doniczkę. Machnęłam się w jednym miejscu, ale jak ktoś nie zna dokładnie wzoru, to się nie zorientuje ;) Oraz zrobiłam backstitche dookoła doniczki, żeby już były, po czym sobie pomyślałam, że przecież brzegi doniczki gdzieniegdzie stykają się z miejscami na krzyżyki :> No cóż. Jakoś sobie poradzę. Donica wyszła cudnie. W końcu jakiś element skończony w tym niekończącym się hafcie. Wymiętolone, brudne i w ogóle po przejściach (no ale odpalone 4 lata temu!) bambusy:
Chciałam je skończyć do końca kwietnia, ale może być ciężko. Ramka dookoła to niby pikuś, wypełnić kolorem, ale to tylko 2,5 tysiąca krzyżyków. Listki niby też, ale też trochę ich zostało. Nie wspominam już o brakujących listkach w ramce zewnętrznej. A w tym miesiącu jeszcze nie ruszyłam trzech prac planowych. W tym zegarów, gdzie niby miałam skończyć stronę ;) Chyba było to zbyt optymistyczne założenie. Ale i tak jest nieźle, dwa UFOki ruszone (biedrona i bambusy, do szukania materiałów na podkładki jeszcze się nie wzięłam).
O durnej mnie :>
Od razu mówię - z happy endem, nikt zawału nie musi dostawać.
Pamiętacie, jakie miałam przeboje z kanwą pod kolosa? Jak to machnęłam krateczki nie takim mazakiem i skończyło się wybielaczem? A po drodze drżeniem serca, czy aby zejdzie tylko mazak, bo to w końcu chlor na nici i w ogóle.
No, to wyobraźcie sobie, że tym razem, tknięta przeczuciem oraz faktem, że mazaczek SPIERALNY nie zszedł z Muminka, musiałam polać wybielaczem kolosa po raz kolejny. Oraz wyprać kanwy na wszystkie Muminki. Oraz oddać mazaki dzieciom - jak machną po ubraniach, to może się spiorą, a może nie, kij z tym, to tylko ubrania. A nie aż hafty.
Zaczęłam żyłkować prace. Nie wiem, dlaczego wpadłam na to dopiero teraz. No takie opóźnienie umysłowe, jak nic. Może dlatego, że kiedyś na czarnej kanwie kratkę machnęłam białą nitkę. Wydziubywanie nitki spod nitek to była masakra, więc też - nigdy więcej. Żyłka jest lepsza. Pan w wędkarskim się nie zdziwił, widział już wszystko - jak stwierdził po odpowiedzi na pytanie o wymagania wobec żyłki, w której nie było nic o rybach, tylko o tym, że ma być cienko i kolorowo ;)
Aczkolwiek żyłkowanie lnu to droga przez mękę, matko, naliczyłam się jak durna, nadziergałam, a potem się okazało, że w którymś momencie machnęłam się o jeden krzyżyk. Lololo. No nic, będę się martwić potem. To w temacie okien, które jeszcze nie miały prezentacji, ale są już piękne, a będą jeszcze piękniejsze.
A teraz obrazki, żeby nie było, że się obijam :)
Bibliotekę ostatnio pokazywałam. Biedronę też. Co ja tam robiłam?
Aha, Muminka. Cała seria ma być, teraz na warsztacie Tata Muminka. Muminek już zrobiony, wyszedł tak, wygląda dziko, bo niewyprasowany i pogięły się krzyżyki w praniu (wyprostują się, luz).
Zostały zamówione ryby. Czarne. Albo jakieś, ale nie pluszowe. Bo Wiktoria napada paszczowo na wszystko, co jej w łapki wpadnie, a ma nie jeść pluszu i innych maskotek. Wiecie, że akurat miałam cudny, dwustronny, czarno-biało-kolorowy materiał w ryby? Nie musiałam się męczyć z kombinowaniem kształtu ryby (wiem, nie jest skomplikowany, no ale zawsze). Wyszło takie coś. Czas wykonania - z pół godziny na całość? Poszłam na łatwiznę, a i tak potrzebowałam natchnienia i czekało to chyba ze dwa tygodniu na zlitowanie.
.
No i z prac planowych - bambuski. Skończyłam doniczkę. Machnęłam się w jednym miejscu, ale jak ktoś nie zna dokładnie wzoru, to się nie zorientuje ;) Oraz zrobiłam backstitche dookoła doniczki, żeby już były, po czym sobie pomyślałam, że przecież brzegi doniczki gdzieniegdzie stykają się z miejscami na krzyżyki :> No cóż. Jakoś sobie poradzę. Donica wyszła cudnie. W końcu jakiś element skończony w tym niekończącym się hafcie. Wymiętolone, brudne i w ogóle po przejściach (no ale odpalone 4 lata temu!) bambusy:
Chciałam je skończyć do końca kwietnia, ale może być ciężko. Ramka dookoła to niby pikuś, wypełnić kolorem, ale to tylko 2,5 tysiąca krzyżyków. Listki niby też, ale też trochę ich zostało. Nie wspominam już o brakujących listkach w ramce zewnętrznej. A w tym miesiącu jeszcze nie ruszyłam trzech prac planowych. W tym zegarów, gdzie niby miałam skończyć stronę ;) Chyba było to zbyt optymistyczne założenie. Ale i tak jest nieźle, dwa UFOki ruszone (biedrona i bambusy, do szukania materiałów na podkładki jeszcze się nie wzięłam).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

