Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parkowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 grudnia 2015

Zegary - powrót hafciarki marnotrawnej

Doczekały się powrotu w wielkim stylu :D A było to tak. Leżały, leżały, leżały. Zaczęłam biblioteczkę, zmieniłam zdanie, zaczęłam biblioteczkę po raz drugi ;) zrobiłam 1100-1200 krzyżyków i zatęskniłam za Zegarami. Bo tam na pewno będzie prosto i nie z 90 kolorami i w ogóle fajnie będzie. To w końcu podjęłam męską decyzję, ściągnęłam biblioteczkę z krosna i nałożyłam Zegary. Dwa tygodnie temu to było. I wyglądało to tak (zdjęcie sprzed ściągnięcia Zegarów z kolei :) ):


a potem machnęłam kawałek. I kawałek.


(tutaj w innym świetle nieco)


I tak przysiadałam od czasu do czasu i od przypadku do przypadku i za każdym razem coś. Albo setka - dwie-setki co 1-2 dni, albo dzieci na spacer 4-godzinny i setek pięć. I już było tak - prawie koniec strony 16, został kawałek plamy, no i pasek rozdzielający na tarczy tarczy. Tutaj jest 54 tysiące krzyżyków. I tylko 39 tysięcy do końca. Z górki!


Zbliżenie na kręcioła - cały środek i duża część tej wewnętrznej tarczy (na prawo od 11/12) jest zrobiona parkowaniem, wieloma różnymi podejściami do parkowania ;) ale inaczej, niż do tej pory.


Strona 16 w całej okazałości - została dokończona szybciutko (trzeba było dorobić kawaluntki na dole i na górze)


I rzut oka na Zegary strony 1 - 18 (ostatnie jeszcze nie dokończone, ale chciałam się pochwalić i nacieszyć nowym-starym odkryciem :) oraz dawno Zegary nie miały notki, więc), czyli cały dotychczasowy urobek:






Przyznam szczerze, że tu mam lęki. Do tej pory, łącząc różne metody wyszywania, robiłam to na jakichś granicach, albo ciemnych ciapajach. A tutaj widać, że ten mały trójkącik na górze się jednak nieco odznacza, jakbym pomyliła nitki - a sprawdzałam i nie pomyliłam. Może jestem przewrażliwiona. Inna sprawa, że oglądałam to tylko wczoraj wieczorem, kiedy ani światła, ani nie zmęczonych oczu nie miałam. Dzisiaj pooglądam dokładnie, bo zaświatało mi, że to może być również kwestia tego, co jest na dole - pod parkowaną częścią jest więcej nici, jak się ogląda z bliska ten kawałek to różnicy nie widać, z daleka widać, może po prostu część światła tam nie przelatuje i zaciemnia kawałek. Przeprowadzę dzisiaj testy, jak to będzie wyglądało, kiedy kanwa z dołu będzie miała kawałek czegoś ciemnego i światło biegnące z tyłu nie będzie miało nic do gadania.


A teraz zdradzę Wam tajemnice. Poszło tak szybko (jak na mnie), bo:
a) jak skończę Zegary, mogę się wziąć za Fraktal, motywacja mode on,
b) w końcu znalazłam metodę na szybkie parkowanie, takie moje, ale takie szybkie.

Jest oczywiście niezgodne z zasadami :D takimi ścisłymi. Otóż wyszywam setkami (plus minus - jak kolumna w środku tarczy była zwężająca się, albo poszerzająca, to też niby setkami), krzyżyki całe od razu, od prawej do lewej i od góry do dołu. Nie ma problemu z wiecznym nawlekaniem igły - bo działam jednym kolorem przez moment. Nie mam problemu ze znajdowaniem symbolu - w zakresie 10 krzyżyków w następnym rzędzie to nawet ja znajdę :> Nie mam problemu z brakiem idealnych krzyżyków, jakie powstają, kiedy się robi każdy krzyżyk po kolei, odkładając kolory i nie zostawiając żadnych, ale to żadnych przerw. A nie mam tego problemu, bo na idealność krzyżyków mam wywalone ;) I jestem bardzo, ale to bardzo zdziwiona, że to działa. Bo chyba kiedyś miałam podobne podejście, ale coś mi nie pasowało. Nie wiem, może zwisające 20 nitek w jednej setce jakoś mi przeszkadzały? Albo inne coś? Nie pamiętam, nie pasowało i już. A teraz pasuje. A jak jest kawałek, gdzie nie pasuje, to wracam do - wszystkie krzyżyki w danym kolorze w danej dziesiątce i parkuję nawleczoną już nitkę gdzieś z boku (jak jest dopiero za kilka rzędów, to ściągam igłę). I gnam, jak dzika :D (jak na moje standardy okołokolosowe, które mają niższą średnią, niż taka np. róża czy inne jednokolorowańce). A zaczęło się od tego, że miałam seteczkę złożoną z trzech kolorów - szachownica, ale prawie kulturalna. I mi się nie chciało żonglować. I potem już poszło. Nawet, jak 'seteczka' jest większa, albo mniejsza, albo w bok - bo przeszłam na stronę, na której testowałam parkowanie po skosie, wszystko nadal działa. Nie może być!

Pamiętajcie więc, wszystkie chciałabym-a-boję -się! Będzie ciężko i trudno i dużo czasu Wam zajmie, ale jak znajdziecie metodą dla siebie najnajnaj, to nie wrócicie do kolosów szytych bardziej tradycyjnie. Ja teraz nawet plamy robię parkowaniem - a to o czymś świadczy :D

Plan na teraz to dokończyć zaczętą skosem stronę 17-tą, która wchodzi na 18-tą, samą 18-tą również :) A potem oczywiście w dół, ale chyba od prawej strony, żeby zachować pozory trzymania się zasad i haftowania od pełnego do pustego. Cicho liczę, że może do końca roku - skoro w 18-tej jest dużo tła i mało ciapaj, a w święta dużo wolnego, ale może się okazać, że w domu mnie wcale nie będzie, no zobaczę, jak wyjdzie w praniu po prostu :)

poniedziałek, 12 października 2015

Zegary - skośnie? Chyba nie do końca

Powrót do Zegarów nr milion pięćset. A podejście do notki co najmniej piąte. Czeka ona tutaj od kilku ładnych tygodni, bo nie zgrałam zdjęć, a to jeszcze chciałam kawałek skończyć, a to coś tam. Ale w końcu wypada coś napisać, bo zaraz pójdzie to w miesiące, a nie tygodnie.

Zabawnie było, bo przez moment, kiedy już mogłabym się zająć zegarami - albo poudawać, że się zajmuję, to mi zniknęły nici. Opowiadałam jakiś czas temu. Ale nici się znalazły, brakom jakoś zaradziłam (wyceny zużycia nici dla koloru, którym się skacze, jak durna, są bez sensu - kilkaset krzyżyków na cały obraz to może być za dużo, jak na jeden motek, skoro co chwilę trzeba zaczynać i kończyć, albo skakać po 5-10-15 krzyżyków, serio serio), do pracy usiadłam. I nie przestaję :)

I tak popatrzyłam na rozgrzebane kilka miejsc z parkowaniem i mi się odechciało. A skoro mi się odechciało, to czas zacząć w nowym miejscu, co też zrobiłam. Ale najpierw dociągnęłam jeszcze trochę czarnej plamy - bo tego parkowaniem robić nie chciałam. Nie chciałam robić plam parkowaniem, ale robić będę - o tym za moment. Żeby nie było, że znowu zaraz mi przejdzie, wzięłam nowy kawałek rozpoczętej kartki i zabrałam się do parkowania skosami. Tak sobie wymyśliłam, że to będzie lek na całe zło.

To, co mi nie pasowało, to dylemat: a robić te półkrzyżyki i potem się cofać, czy od razu całe? Wyszło, że prościej będzie od razu całe. Ale od razu całe, przy moim sposobie prowadzenia krzyżyka, oznacza, że muszę iść od prawej do lewej w rzędzie, bo inaczej łapka mi się wykręca i nie lubię tak. Dodatkowo nie chciałam iść w kolumnach, żeby nie było widać granic między nimi. No to skosy, od prawej do lewej, cofanie się o 9 krzyżyków - no taka oszczędność.

Krzyżyki w całości - nowość! Krzyżyki od prawej strony - o rety, to dopiero!

Znalazłam więc miejsce, gdzie wzór po prawej jest już solidny (plama czerni), jakby krawędź pracy i dawaj. Oczywiście, jak się zaczyna co chwilę nowy kolor, którego jest krzyżyków dwa, albo trzy, to się cholery dostaje z rozpoczynaniem i kończeniem. Przy normalnym haftowaniu też ;)

Ale za to jak doszło do przeplatanki, gdzie na kilkudziesięciu rzędach (robię po 10 krzyżyków w rzędzie) jest raptem 5 kolorów, które normalnie robią konfetti - poszło, jak burza. W takich sytuacjach nie ściągam igły z nitki, tylko wachluję nimi. Wychodzi cudnie, szybko i w ogóle :)

Nie mam fotki sprzed eksperymentów, ale widać, gdzie jest nowy kawałek:



No i jeszcze zbliżonko:



I tutaj zrodziła się zagwozdka. Otóż, jeśli chciałabym zostać przy haftowaniu od góry do dołu, (lepiej mi się wtedy nitka pod spodem układa niż, gdybym szła od dołu - wtedy idealnie na linii wbicia igły), to muszę zrezygnować z 'otwartości' parkowania - rzędy niższych skosów będą kończone na granicy wyższych skosów. I siedziałam z tą zagwozdką i siedziałam, aż mi dobre kobiety podpowiedziały. Skosy sobie mogę robić, jak chcę (a chcę a) całymi krzyżykami, b) od prawej), tylko sam skos może być w różną stronę. Objawienie :) Wracać można nie o 9 krzyżyków, a o 11, tyle trzeba było kombinować, żeby na to wpaść. Na razie skosem zrobiłam jeden rządek.



Po czym przyszło kolejne olśnienie - skosy skosami, ale skoro i tak nie będzie zysku z wracania o 9, a nie o 10 krzyżyków, to może po prostu prosto? To do wypróbowania niebawem. Przy czym na pewno nie będą to super proste kolumny w dół, tylko granica będzie poszarpana, żeby nie było widać granic.

A teraz to usiłuję dodłubać porozpoczynane strony, bo się człowiek męczy, jak tak musi się ograniczać zostawionymi kawałkami. Wyglądało to tak:



Jest tak:



Dokończę ten zawijasek - jest masakryczny! Dobrze, że się zdecydowałam na parkowanie, bo dłubanina z konfetti by mnie tutaj zamordowała całkowicie.

UPDATE z poniedziałku rano - podczas meczu dodłubałam sam środek tego zawijaska i kawałek po lewej. On nie był masakryczny. On był przemasakryczny (ten zawijasek). I już wiem, że nawet plamy wielkie parkowaniem robić będę, bo się tworzy milion pięćset granic, potem trzeba wszystko wściubiać i w ogóle. Nie nie nie. o! No i - pojechałam to po lewej w miarę prosto w dół i też wszystko daje radę, czyli całe krzyżyki, od prawej do lewej, nierówne granice, nie trzeba iść od razu w skosy, żeby było przyjemnie.

Oraz dumna z siebie jestem niesamowicie - mam rozpoczęte raptem trzy prace! Las, zegary oraz wzgórze wróżek, którego raptem kilkaset krzyżyków jest, no ale liczy się jako zaczęte. Przygotowane są trzy nowe prace:
- fraktal: przygotowane nici, wzór, materiał jeszcze nie (ale już zakupiony) - nie robię więcej nic, bo zacznę i co to będzie ;)
- Einstein dla mojej mamy - przygotowany, pokraktowany materiał, wzór, nici, wszystko, ale nie zaczęty, z tego samego powodu, jak powyżej,
- biblioteka mini: materiał to wytnę z poprzedniej biblioteki, nici dokupione i prawie całe przygotowane ;) Tylko wzoru nie mam :D Na promocję czekam, charakter ćwiczę i takie tam.

poniedziałek, 25 maja 2015

Koniec okien :) I znowu przemyślenia w temacie parkowania.

Okna skończone. Dwa tygodnie temu.

Nie dawałam notki, bo nie umiałam zrobić dobrego zdjęcia. Len jest świetny w wyszywaniu, ale jak się pogiął, to na amen - leży, leży i leży nie chce się wyprostować. Jeszcze mnie nie natchnęło na pranie, prasowanie i oprawianie (nie wiem gdzie wrzuciłam ramkę :>, a po połowiczne pranie i prasowanie bez oprawiania to nie mam ochoty), to sobie czekałam, aż uda mi się zrobić nieco lepsze zdjęcie. Ale nie wychodzi i mam tylko takie. Haft widać ;) Ale materiał wokół, porażka.


Będzie jeszcze jedna prezentacja, taka w ramce i w ogóle :) Sowa też czeka na pranie.

Jeśli zaś chodzi o inne prace - to ostatnio zastój okropny. Machnęłam wtedy ten płatek róży i tyle w temacie osiągnięć. Trochę zegarów, razem z parkowaniem, więc wiadomo, jakie tempo. Wczoraj miała jedną chwileczkę wolną, troszkę odrobiłam 'zaległości', ale tylko troszkę. Jakbym się miała trzymać planów - ojej, mocno w plecy. Zrobiłam łącznie z kilkaset krzyżyków przez cały tydzień, ostatnie dni były strasznie zwariowane i to się odbiło na możliwościach robótkowych.

Za to odkryłam kolejne rzeczy, jeśli chodzi o rzeczone parkowanie. Nie dość, że nie umiem wyszywać z wszystkimi nawleczonymi igłami, to wydawało mi się niemożliwe, bo jakże to tak, to wychodzi mi na to, że zostanę przy metodzie, którą skreślałam z samego początku jeszcze bardziej gorliwie niż pomysł wiecznego nawlekania. Otóż najlepiej przez ostatnie 2-3 dni to mi się pracuje kolumnami. Nie tylko tak, że każde 10 krzyżyków w dół ma swoje kolory, ale w ogóle, że w danym momencie skupiam się tylko na jednej kolumnie i ciągnę ją ileś tam rzędów w dół. Ze względu na bardzo ograniczony czas i to, że mam duże plamy czerni, które mi tak trochę narzucają obszar roboczy, nie było tego za wiele, ale wyszło, że tak mi się robi najlepiej, bo parkowanie parkowaniem, ale tak wychodzi mi to najszybciej, bo obszar skupienia się jest niewielki. Aktualne 10 krzyżyków i wszystko w dół. Na razie pociągnęłam tak kilka kolumn po kilka-kilkanaście rzędów (co tyle mogę zmieniać optykę :) ). I porzuciłam na chwilę parkowanie i rzuciłam się do czarnej plamy.

A wieczorem przepięłam na krośnie ramę i teraz pomacham trochę różę, bo mam potrzebę sukcesu! I efektów. A tam, jak się zrobi płateczek, to już jest jakiś kawałek, który widać, jest ładny, skończony itp. A nie tylko szarości, szarości, szarości ;) Płodozmian ważny jest. Za to z innych planów w ogóle nic się nie dzieje. Sowa Hope jeszcze nie doczekała się odpalenia. Obrus rzucony w kąt, miałam porobić Einsteina, ale też, jakoś nie było okazji. W ogóle Einstein to miał jakąś jedną czy dwie prezentacje, ale skoro i tak się tam nic nie dzieje, to może pokażę, co tam nadziubałam, zanim obraz został porzucony :)

środa, 20 maja 2015

Love-hate relationship, czyli o parkowaniu i mozaice będzie

Mam takie mieszane uczucia w dwóch kwestiach. Bardzo mieszane.

Zacznę od mozaiki.
Oglądałam, prawie zamawiałam, oglądałam, nie zamawiałam, robiłam koraliki, które nie podeszły mi w ogóle i które odsprzedałam, bo ja bym zrobiła tylko z poczucia obowiązku, a tak to może komuś trochę frajdy przyniosą. Tym bardziej nie kupowałam mozaiki. Tym bardziej oglądałam, co też babki na fejsuniu robią. Tym bardziej nie kupowałam, bo to plastik i puzzle i W OGÓLE!

No, to kupiłam :P Po promocji, a jakże ;)


Aktualnie czekam na przesyłkę.

Druga sprawa - parkowanie.

Zatkałam tamtą dziurę i miało iść z górki. Nawet chwilę poszło, aczkolwiek zaraz się znudziłam i machnęłam trochę róży, gdyż na nią też przyszedł czas.

Niby szło, ale jednak nie. Tutaj zdjęcie -jak podpiąć nitki, kiedy chce się porobić trochę czarnej plamy. No taka byłam zapatrzona w parkowanie, że zaraz je porzuciłam :>


Tutaj trochę lepiej widać 'urobek' jednego dnia, godziny-dwóch znaczy się, tylko przykryty nićmi. Nie wiem, dlaczego nie zrobiłam lepszego zdjęcia.



I jak widać - da się żyć bez nawleczonych igieł. Gdyż - po latach wyszywania - w końcu wiem, czego nie znoszę w nawlekaniu. Wcale nie nawlekania, a całego tego ustrojstwa z rozpoczęciem nici: znaleźć, odwiązać, obciąć, wyciągnąć, nawlec, wbić, można dalej robić. Błe. Otóż samo nawlekanie, kiedy nitka już jest, nie jest kłopotliwe w ogóle i zwracam honor i obiecuję poprawę i już nie będę tak kłamać, bo nie ma sensu :)

Wczoraj miałam wolne popołudnie, kiedy to już wróciłam z zakupów. I nie chciałam tak nie parkować, skoro mam spokój i wszystko, to przełożyłam znowu na krosno zegary. I pierwsze 50 krzyżyków robiłam 40 minut. I kolejne też. I następne. I szlag mnie trafiał, bo w jednym miejscu zaparkowałam źle nitkę i wyciągałam wszystkie bobinki, żeby spróbować dopasować i przez moment wydawało mi się, że ta nitka jest wzięta nie wiem skąd, ale nie z tego haftu, bo nie pasowała do niczego. I kilka razy się zastanawiałam: WTF i WTF? Gdzie ja jestem? Co ja robię? Dlaczego nie idę, jak człowiek, kolorami, plamami, CZYMKOLWIEK, tylko się męczę, a i to nieortodoksyjnie (o tym za moment), w imię CZEGO? Szło mi strasznie, strasznie, strasznie wolno. Ale tak wolno, że stwierdziłam, że tylko ten rząd i zmieniam na różę, niech będę choć trochę produktywna. No dobra, jeszcze film leci, to chwilę porobię. Pranie powieszę - o, mąż zaczął, to tylko chwila. To jeszcze jeden rząd. I nagle tak się porobiło, że zrobiłam ich 8 ;)

Aha, do mocowania nitek gdziekolwiek najlepiej się nadają zwykłe klamerki. Zwłaszcza, że mam takie ładne i w ogóle ;)

Normalnie, podczas haftu, to te nitki nie są tak ładnie ułożone, bo to bez sensu, są wrzucone na lewą stronę, tutaj upozowano je, żeby wyglądały schludniej ;)


I zbliżenie na sam kawałek zrobiony metodą parkowania.

 

I jak już widać, po kilku krzyżyczkach po prawej, nie stosuję metody ortodoksyjnie, mam pewne przemyślenia na jej temat i chyba samo chodzenie długimi rzędami to nadal nie będzie to. Bo w tych akurat rzędach miałam tak, że na 40-50 krzyżyków po lewej stronie były tam elementy 'wykończeniowe' czarnych wzorków, czyli różne ciemności, potem szachownica z 2-3 kolorów i kolejna szachownica z innych 2-3 kolorów, potem znowu ciemności. I wyszło tak, że jechałam półkrzyżykami i potem wracałam, trochę miszmaszu i kolejne półkrzyżyki i wracanie. Krzyżyki do półkrzyżyków od razu robiłam, bo kiedy miałam np. 10 półkrzyżyków w trzech kolorach, które są do siebie bardzo zbliżone, to nie ma mowy, żebym się nie pomyliła, wszystko mi się merdało. Robię więc krzyżyki w ramach jednego rzędu, ale nie jeden po drugim, no tak wyszło. Mam jeszcze pomysł na sposób chodzenia po pracy, ale to muszę a) rozrysować, b) rozpracować. I to od nowego kawałka, bo tak od środka to może nie wyjść. Będzie więc relacja kolejna, na pewno.

piątek, 15 maja 2015

Parkowanie - podejście pierwsze

Tak więc stało się i zabrałam się za parkowanie. Ta notka będzie miała kilkanaście fotek, gdzie będzie widać, jak się to zaczyna, a jak na pewno NIE NALEŻY TEGO ROBIĆ. Zapamiętajcie sobie, nie tak, jak poniżej ;)

To, co chciałam zauważyć od razu, to fakt, że się nie zorientowałam od razu, że któreś dziecię mi poluzowało śrubeczki na krośnie, a ja, w ferworze szału pt: je je je, nauczę się czegoś nowego, nie zauważyłam, że miejscami mi kanwa faluje. Dzisiaj dostałam olśnienia - kiedy oglądałam zdjęcia.

To, co chciałam zauważyć jako drugie, to to, że notka jest długa i bez sensu, ale przy jej pisaniu dużo mi się w głowie poukładało znów (a nie wyglądam).

Schemat.


 i sam haft w momencie startu.


Widać pod kawałkami liczby 11 puste miejsce na haft, potem trochę koloru E, czyli białego, jest zrobione, potem znowu dziura i plama czerni, którą miałam dalej pociągnąć, ale muszę się zająć parkowaniem już teraz zaraz, więc ją porzuciłam niecnie. Na pewno się zemści, nie łudzę się, że nie.

Postanowiłam najpierw zatkać tę małą dziurę w schemacie po lewej stronie, potem tę środkową, a potem to już jakoś. Jak? A to nie wiem, to pewnie za milion lat.

Pierwszy rząd, całe trzy krzyżyki, idę normalnie jak burza. W tym trzy nawleczenia igły. Wspominałam, że nie znoszę. Wspominam. Po raz kolejny. Na pewno nie ostatni :>



Przy okazji widać, jak niedoskonałe mi wychodziły krzyżyki, kiedy je wciskałam między istniejące, to tu, to tam. Na zdjęciach widzę, na żywo mniej, bom ślepa i nie oglądam haftu aż z taką dokładnością.

Tutaj na 6 krzyżyków 4 nawlekania. Wiadomo, uwielbiam.


 I zaczyna się burdel. Znaczy się zabawa :> Lewa dziura zatkana, taka ładna, pełna i w ogóle, normalnie wszystkie krzyżyki, kto by się spodziewał, łał.


I pierwszy rząd tak bardziej na poważnie. Jedziemy. Ale najpierw porządek w niciach, bo mnie coś już bierze, a jest ich raptem kilka. Znając moje szczęście - przy mniej więcej setnym krzyżyku będę miała odpalone wszystkie 24 kolory. Bo to wzór taki jest.


Pierwsze pytanie z gatunku WTF i gdzie ja, do ciężkiej cholery jestem? Jak widać, pierwsze półkrzyżyki, których nie można zrobić jako pełnych krzyżyków, bo zaraz dalej jest znowu ta niteczka, więc robię tak:
// // //, a potem kiedyś tam powrót, jak będę wracała, być może też z innymi półkrzyżykami. Nie podoba mi się ta idea. W ogóle. Wcale.


Kolejny problem - wyciąganie nitki z gąszczu (złożonego z 10 nitek?). Byłoby prościej, gdyby nie były nawleczone, ale wiadomo co. Nie będę nawlekać igły co 1 - 3 krzyżyki, a taka częstość mi tutaj wypada. Drugie WTF i chyba ludziom źle zrobiono z głową, skoro na to się sami piszą. To jakieś nienormalne jest.


 Tu najpierw trochę porządków, ale nadal - nie wierzę, że 3/4 czasu haftowania to porządki w nitkach, igłach, zastanawianie się, co teraz. Na pewno to tak nie działa. Nie może. Trzeba mieć jakieś ideały :>


I wniosek: dotychczasowy sposób przechowywania nitek - pudełko, gdzie w jednej przegródce jest kilka bobinek, sprawi, że oszaleję, kiedy będę miała więcej nitek tego samego koloru - tu już musiałam jedną nitkę odpalić w dwóch wersjach, bo było za daleko. Bardzo chwilowy sposób, który polegał na: wrzucić bobinki na kółko, chociaż się nie zgubią:


 też się nie sprawdził, kiedy nitkę nową musiałam nawlekać co chwilę. Wytargałam takie pro pudło, które co prawda nie miało aż tylu pojedynczych przegródek, ale już ma, bo mam takie puste jeszcze dwa. Od razu uradowało się me serduszko - chociaż w niciach mam porządek, nie muszę na kanwie ;)


I znowu etap, kiedy - teoretycznie - powinnam przykrycie półkrzyżyków zostawić na moment powrotu WSZYSTKIEGO w lewą stronę, no ale widzicie, jakie są te kolorki. Ja ich nie rozpoznaję, pomyliłabym się od razu. Nie ma mowy. Tak się nie da. Nie po to idę w kierunku takiej och i ach metody, żeby się znowu gdzieś machnąć. Ale z kolei powrót z pełnymi krzyżykami spowoduje, że nie będę miała cudowności w postaci: po lewej i od góry krzyżyki, po prawej PUSTE wszystko. Zaczęłabym rwać włosy z głowy, gdybym o tym myślała, ale ogarnęła mnie bezmyślność i jakoś to poszło.


A tu kolejna prezentacja pt: tak tego nie robimy. Nie mam wypracowanej metody: gdzie dawać te cholerne nitki? Co skutkuje, że raz tak, raz śmak, a tutaj nie umiałam się wbić, bo nitki, które przed chwilą nie przeszkadzały, znowu zaczęły. Nie widziałam tego na filmikach - babki odkładają nici i one magicznie zachowują porządek, a potem tylko sobie coś biorą i też bez problemów.


A tu, proszę Państwa, plama po lewej skończona i całe 5 rzędów. Wow wow wow! Normalnie trochę ponad 100 krzyżyków. Łał, wszyscy padają z wrażenia :>


 A teraz czas na wnioski po dniu pierwszym:

 - każdy MUSI wypracować sobie metodę, obejrzałam parkowanie w kilku wydaniach, każde inne, każde wychodzi, więc to pewnie zależy od preferencji, umiejętności i czegoś tam, ale nie ma jedynie słusznej metody. Jak widać, ja na razie zaczynam identyfikować różne podejścia, gdzie tam wypracowanie własnego,

- o matulu, wyszywanie stało się wyzwaniem intelektualnym. Oraz sposobem na znajdowanie nowych przekleństw. Dawno się tak nie namordowałam, a to mały kawałeczek jest,

- tempo. Tak, mam nadzieję, że jak już wypracuję metodę, to zaraz potem wrócę do tempa, bo to jest niemożliwe,

- ale za to: mam wyszyty kawałek, który jest CAŁY, PIĘKNY i SKOŃCZONY. I tak kawałek po kawałku. Zakochałam się, aczkolwiek jest to miłość mocno kolczasta.

Dobra, teraz problemy i tutaj poproszę o podpowiedzi osób, które się tym bawią już od jakiegoś czasu:

1. co z tymi nitkami? Nie będę nawlekać co chwilę, nie, bo nie. Pomysł na teraz - może zostawiać igły na tych, które będę w aktualnym rzędzie, umieszczać je jakoś na okręgu, czy czymś podobnym, żeby  było miejsce na następne, a żeby były w jakiejś tam kolejności? a z tych na następne rzędy ściągać? i wtedy, jak się przechodzi do nowego rzędu, to się robi porządek w nitkach na ten rząd - można również przygotować nitki z igłami do nowych kolorów i się ma gotowe pełno wszystkiego i się wtedy dziubie? Jak to organizujecie?

2. co z tymi półkrzyżykami? I tutaj w momencie opisywania na milion sposobów tego problemu wymyśliłam, skąd on w ogóle się wziął. A problem mam na własne życzenia. Bo możliwe podejścia są (zakładam początek w górnym lewym rogu i pracę mniej więcej w prawo) dwa:
a) robię rzędami o wysokości 1 krzyżyka - to robię krzyżyki całe, choćbym miała kilka pod rząd, mniej więcej (odrębnie można potraktować plamy, półkrzyżykiem i do rzędu niżej, ale to drobiażdżek i mam ułożony w głowie), dochodzę do końca rzędu, kończę wszystko, co tam się do końca dociągnęło, idę do następnego rzędu dopiero,
b) robię większą ilością rzędów / kolumn np. paskami po 10, to wtedy półkrzyżyki w jedną stronę i powrót i wkłuwanie się gdzieś tam na początku rzędu / kolumny (wiadomo, jak wypadnie miejsce na krzyżyk).

A ja, z dziurą o szerokości 20 krzyżyków, z pierwszym mam problem - nie będę kończyć nitki po kilku krzyżykach, ale też nie będę przeciągać po 10 - 15 - 20 krzyżyków kilku nici pod spodem (to przy podejściu pierwszym). A przy podejściu drugim to i tak się z półkrzyżykami gubię, bo z kolei 20 krzyżyków z kilkoma kolorami, które się do siebie nie różnią za bardzo, to zbyt duże pole na pomyłki.

Wyszło mi więc, że muszę dociągnąć do końca tę dziurę i się nie bawić w takie dziwne wymiary, bo to nic dobrego.

Uff, zmęczyłam się :>

Jeśli ktoś zechce coś podpowiedzieć / powiedzieć, żem głupia i nic nie zrozumiała / naprostować me mętne ścieżki, to będę wdzięczna bardzo.

Wieczorem część druga :) I chyba po zakończeniu tej dziury spróbuję metody pt: idę całym rzędem, całym krzyżykiem, z ew. wyłamaniem się w przypadku dużych plam. No zobaczę, co mi z tego wyjdzie.

Obiecuję relację i może nieco lepsze zdjęcia, bo po zakończonej dziurze aktualnej muszę przepiąć materiał i zrobić z nim porządek.

czwartek, 14 maja 2015

Zegary - powrót! Parkowanie?

Nareszcie. Wróciłam do zegarów. W końcu jestem w stanie usiąść przy krośnie i coś tam pomachać. Poprzednie krzyżyki postawione zostały dwa dni przed moim króciutkim wypadem do szpitala i całkiem długą rekonwalescencją, którą spędziłam z igłą w łapce, ale nie przed krosnem, bo rozcięcie brzucha swoje prawa ma i zawiera w sobie: "nie dasz rady tak siedzieć, babo głupia, leżeć". Ale już jestem. Ostatnio było tak:

Ostatnio to było dwa miesiące temu.

Pociągnęłam trochę czarną plamę w dół, trochę pozmieniałam ustawienia krosna, trochę - po kilku nitkach, czerń akurat tam mi się znudziła :> I wróciłam do środka. Teraz macham sobie plamę czarną na środku i zastanawiam się. I kombinuję. No jakbym nie kombinowała, to chyba bym była martwa. Bo tak ciągnę przez te całe dwa dni te czarne plamy, bo NIE CHCE mi się wracać do konfetti. Nie i już. A praca się sama nie zrobi. Ale całej pracy czarną i białą plamą nie zrobię ;) Dramaty pierwszego świata (tym bardziej tęsknię do kolosa, który ma 390x390 krzyżyków i całe 10 kolorów - tam dopiero będzie się fajnie robić plamy :>, na razie rozsądek powstrzymuje mnie przed zaczęciem KOLEJNEGO kolosa, bo to by mnie kwalifikowało do kaftana - a w tym się nie da wyszywać chyba).

I jak znalazłam trzy zagubione krzyżyki na stronach dawno już skończonych, to stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić, bo mnie szlag trafi. A nie mogę porzucić drugiego kolosa, prawie w połowie zrobionego, bo nagle mi się nie chce trochę pomęczyć z miszmaszem. Wróciła kolejny raz myśl o parkowaniu.

Raz, pogubione krzyżyki.

Dwa, nie ma co ukrywać, lubię, jak co chwilę ma się coś gotowego, bo to taki koniec pracy niemalże co chwilę ;) Lubię to bardzo bardzo.

Dwa i pół - podobno jakość krzyżyków wzrasta. Nie mam tutaj ciągot szczególnych, ludzie, jestem ślepa, obraz będzie wisiał na ścianie, robiony jest na 18ct, więc te krzyżyki są tyci-tyci i nie, nie będzie ich dokładnie widać. Mogę poszpanować, jakie to ładne mi czasem wychodzą, no ale nie zawsze, bo się nie staram. A tu podobno same się robią o wiele lepsze. Ciekawe :>  I mogłabym brać udział w szpanowaniu tyłem prac ;) Bo tak to nie, burdel tam taki sam, jak w mojej głowie.

Trzy, jak się zostawia pojedyncze krzyżyki, nawet dużo pojedynczych krzyżyków, nawet bardzo dużo (gdzieś tak z połowę pojedynczych krzyżyków), a zaznaczenie kratki schowało się pod nitkami, to za cholerę nie wiem, gdzie jestem i czasem odnalezienie się, a czasem próba zgadnięcia "co ja tutaj mam do zrobienia" sprawia, że mi nerwy się strzępią i w ogóle.

Kolejny raz pomyślałam o parkowaniu i kolejny raz znajdowałam milion pięćset powodów, dlaczego mam nie spróbować. A akurat ukochana Joanna na FB zaczęła innym babkom tłumaczyć, co i jak. Bo ja na YT to nie mam czasu, jak słyszę, że mam ćwiczyć, to mam ochotę rzucić wszystko w kąt, to powinno być ułożone w głowie tak po prostu i już. Siadam i robię nowym sposobem, a nie ćwiczę. Ćwiczyć na kolosie? A jak nie wyjdzie, to co? Spruć pół strony? Na szczęście podobno nie widać różnic w pracy, że tam 10 stron zrobionych metodą jakąś tam, nagle człowiek wpada na pomysł parkowania.

To wykorzystałam sytuację, zadałam pytanie o to, jak się przy parkowaniu traktuje duże plamy. I coś, co mi się nie umiało wykrystalizować przez dłuższy czas, a co też powodowało, że się nie wzięłam na poważnie do parkowania, a co sprowadza się do tego, że tak, czasem ma się ileś tam nitek tego samego koloru i to też jest ok i do opanowania i w ogóle. A potem jeszcze raz spoglądnęłam kilka razy na kilka momentów z filmików i to naprawdę jest tak, że jak ma się pytania, to się znajduje odpowiedzi, tylko najpierw te pytania trzeba wymyślić a nie "nie umiem, bo nie umiem, takie to trudne, oj, biedna ja!"

Parkowanie! Nadchodzę! Proszę się mnie spodziewać w weekend. Ostatnia wątpliwość rozwiała się niedawno. Myślałam, że trzeba machać od razu krzyżyki całe, nawet, jak krzyżyk obok jest taki sam. A tu się okazuje, że nie, nie trzeba. Można machnąć półkrzyżyki i potem wrócić i to nadal działa. Medżik :>

Jak zwykle muszę się nagadać. No w domu też mogę o tym gadać, mąż nawet bardzo kochany jest i słucha i potakuje, ale bez jaj, nie kuma tego za bardzo, bo też nieszczególnie to dla niego pasjonujący temat. Ale słucha. A tu nawet jest szansa, że ktoś zrozumie ;) i pogłaszcze po główce, że mam takie poważne problemy.

Jeszcze tak ogólnie o najbliższych planach. Nie zapomniałam, że generalnie to plan był taki, że do końca roku skończę tego kolosa. Po dwumiesięcznej przerwie w dziubaniu Zegarów - plany nadal aktualne. Jak to możliwe? Otóż całą masę "drobnicy" porobiłam, kiedy nie byłam w stanie siadać do krosna, mam więc skończone bambusy i biedronkę i okna (niebawem kolejna odsłona), a i różę mam podgonioną (tylko biedny obrus nie doczekał się ostatnio uwagi, no trudno, musi z tym żyć, ten obrus jeden), i Einsteina całkiem całkiem, to nadal jest szansa. To ta drobnica po raptem 100-200 krzyżyków w jednym wymiarze ;)
Teraz tylko zegary i róża musiałyby być JEDYNYMI pracami przez dużo czasu - Einsteina chciałabym skończyć w jakieś 3 miesiące i potem tylko tamte dwie. Na trzecią sowę nie ma miejsca? Mam nadzieję, że ta sowa to jedyne odstępstwo będzie. No i obrus, ale skoro tyle lat leżał, to chwilę jeszcze przeżyje, co nie?

I wtedy skończę rok 2015 skończoną taką ilością prac, że och. W tym kilkoma całkiem dużymi. Tą myślą się napawam i zamierzam się jej trzymać przez najbliższe pół roku, kiedy od szarości zegarów będę odpoczywać przy kolorach róży i na odwrót.