Plany. Tłumaczę się.
Do biblioteki nie usiadłam. Miałam ciężki tydzień, szkolenia, nauka, dziecko marudzące w nocy. Biblioteka jest trudna i nie można jej robić z doskoku. Zanim się zorientuję, gdzie jestem i co mam zrobić, mija kilka ładnych minut, a to czasami akurat cały czas, jaki mam dostępny. Ale w związku z tym mam skończone dwie poduszki, trzecia się robi. Arcyprosty wzór, a i tak się mylę. Ileż ja razy prułam ;) Dla najmłodszej w rodzinie znaleziony wzór - też na poduszkę. Śpiący żółwik.
Za to machnęłam trzy muffinki. Zaprojektowałam obrus i dobrze, że to zrobiłam, bo głupia ja zapomniałabym o takich rzeczach jak to, że obrus leży niejako do góry nogami - to, co jest przy człowieku, to jest na dole, a nie na górze wzoru, więc nie z góry zaczynamy patrzeć. Oraz naprawdę, ale naprawdę ważne jest to, że te wstawki aidowe są nierówne i trzeba to uwzględnić, więc nie mogę machać muffinkami o 90 stopni. O 180 mogę, żeby wyglądały jak człowiek. Oraz zmieniłam wzór. Zniżyłam i poszerzyłam, żeby po uwzględnieniu nierównych krzyżyków wyszła mniej więcej równo.
A teraz plany na wieczór.
Otóż mąż mój dobry i łaskawy powolutku i po kolei odgruzowywuje obydwie kanciapki / składowiska w domu. Ubrania, zapakowane w maju i takie tam. Pełno przydasiek się wala dookoła, a ja nie wiem, co mam. Postanowiłam więc wykorzystać dzisiejszy, chyba wolny wieczór, na to, żeby przynieść to WSZYSTKO, ale wszystko na środek salonu, zinwentaryzować, popakować i opisać. Pełno wzorów, pełno kawałków materiałów, kilka porozpoczynanych prac. Porządek mam mniej więcej tylko w mulinach. Mniej więcej, bo przy ostatnich "robię wszystko na raz, skoro nie mam na nic czasu" podbierałam mulinki między pojemnikami, pracami i woreczkami bez aktualizacji ich stanu. W tych zapiskach też jest więc burdel. A potrzebuję trochę spokoju i porządku, aby wiedzieć, na co materiał mam, jakie mam zapasy muliny (jedna z poduszek będzie muliną wyszyta, a dużo jej idzie - w sam raz się przyda wykańczanie zapasów), którą pracę - jeśli mi znowu coś strzeli do łba - mogę zaczynać bez zakupów.
Uff.
Zdjęcia jutro :)
Blog prezentujący moje prace związane z rękodziełem - przeważa haft krzyżykowy.
piątek, 21 listopada 2014
środa, 12 listopada 2014
Szaleństwo! I harmonogram.
Oszalałam. Znowu. Zrównoważoną to mnie nazwać nie można.
Latając dzisiaj po blogach i sklepach zachwyciłam się materiałem z aidowymi wstawkami. I pomyślałam, że fajnie byłoby mieć taki obrus, wyhaftowany. Dobrze byłoby mieć w ogóle jakiś obrus, na nasz piękny, jakże pożyteczny i przydatny stół. A zaraz potem zapaliła się żarówa - przecież ja taki materiał mam!
Rzuciłam się więc do zapasów i wykopałam materiał w kolorze ecru, ze wstawkami aidowymi. Materiał ma 140x170cm, szkoda, że wstawki nie są symetryczne - znaczy się wstawka nie jest do końca równa. Rozdzielczość kanwy wszesz jest inna niż wzdłuż. Ale! Znalazłam mini-wzorek, który można spokojnie spłaszczyć. Wzorek małej muffinki :) Jak znalazł. Bardzo prosta, w jednym kolorze, ja ją zrobię w dwóch, bo przy okazji mam pomysł na wykorzystanie mulinek, których mam zapas, a których zestawu nie zamierzam rozszerzać - stare, beznumerowe, oraz stare ariadny. Wisieńka na wierzchu babeczki będzie oczywiście czerwona, a dół - dowolnym kolorem, w jakim może być papierek do muffiny. Jestem bardzo dumna z tego jakże genialnego pomysłu ;)
Oraz powstał plan. Patrzyłam, jak u Anek73 (http://anek73.blogspot.com/) idą postępy przy założeniu haftowania jednej nitki na dzień. U mnie jedna nitka na dzień się nie sprawdzi, bo musiałabym się zmuszać do przeskakiwania między pracami akurat wtedy, kiedy nie mam ochoty. Oraz do przymusowego siadania, kiedy zupełnie nie mam czasu. Ale głównie do odrywania się od czegoś, na co właśnie rzuciłam się. Z drugiej strony - hafcik, który ma łącznie z 300 krzyżyków w aż dwóch - trzech kolorach (biały + kolor, no ew. ta wisienka), co tydzień powinien powstawać. Plan zakłada więc:
- minimum jedną muffinkę na tydzień,
- kolejność innych prac: strona biblioteki, strona zegarów,
- malizny i UFO-ki w innych terminach, jako przerywniki, czy tam odpoczynek,
- priorytet może być na prace terminowe - np. teraz haftuję na kanwie poduszkowej pieski Snoopy, na prezenty dla córeczek i ich kuzynki.
Zobaczymy, jak długo się plan utrzyma ;)
PS. Update, bo w końcu znalazłam adres, gdzie znalazłam muffinkę, która mnie oczarowała:
http://dziergalnia.blogspot.com/2014/11/muffinki.html
Latając dzisiaj po blogach i sklepach zachwyciłam się materiałem z aidowymi wstawkami. I pomyślałam, że fajnie byłoby mieć taki obrus, wyhaftowany. Dobrze byłoby mieć w ogóle jakiś obrus, na nasz piękny, jakże pożyteczny i przydatny stół. A zaraz potem zapaliła się żarówa - przecież ja taki materiał mam!
Rzuciłam się więc do zapasów i wykopałam materiał w kolorze ecru, ze wstawkami aidowymi. Materiał ma 140x170cm, szkoda, że wstawki nie są symetryczne - znaczy się wstawka nie jest do końca równa. Rozdzielczość kanwy wszesz jest inna niż wzdłuż. Ale! Znalazłam mini-wzorek, który można spokojnie spłaszczyć. Wzorek małej muffinki :) Jak znalazł. Bardzo prosta, w jednym kolorze, ja ją zrobię w dwóch, bo przy okazji mam pomysł na wykorzystanie mulinek, których mam zapas, a których zestawu nie zamierzam rozszerzać - stare, beznumerowe, oraz stare ariadny. Wisieńka na wierzchu babeczki będzie oczywiście czerwona, a dół - dowolnym kolorem, w jakim może być papierek do muffiny. Jestem bardzo dumna z tego jakże genialnego pomysłu ;)
Oraz powstał plan. Patrzyłam, jak u Anek73 (http://anek73.blogspot.com/) idą postępy przy założeniu haftowania jednej nitki na dzień. U mnie jedna nitka na dzień się nie sprawdzi, bo musiałabym się zmuszać do przeskakiwania między pracami akurat wtedy, kiedy nie mam ochoty. Oraz do przymusowego siadania, kiedy zupełnie nie mam czasu. Ale głównie do odrywania się od czegoś, na co właśnie rzuciłam się. Z drugiej strony - hafcik, który ma łącznie z 300 krzyżyków w aż dwóch - trzech kolorach (biały + kolor, no ew. ta wisienka), co tydzień powinien powstawać. Plan zakłada więc:
- minimum jedną muffinkę na tydzień,
- kolejność innych prac: strona biblioteki, strona zegarów,
- malizny i UFO-ki w innych terminach, jako przerywniki, czy tam odpoczynek,
- priorytet może być na prace terminowe - np. teraz haftuję na kanwie poduszkowej pieski Snoopy, na prezenty dla córeczek i ich kuzynki.
Zobaczymy, jak długo się plan utrzyma ;)
PS. Update, bo w końcu znalazłam adres, gdzie znalazłam muffinkę, która mnie oczarowała:
http://dziergalnia.blogspot.com/2014/11/muffinki.html
sobota, 8 listopada 2014
Zeszło!
Stwierdziłam, że czas nadszedł. Albo rzucę całkiem w kąt, albo wróci do łask.
Rano polałam więc pomazaną pracę całą dostępną chemią, która powinna pomóc. Nie pomógł denaturat, nie pomogła benzyna, nie pomogły odplamiacze, spirytus salicylowy, odkamieniacze, wyżeracze, cokolwiek ;) Z przypływie desperacji postanowiłam wypróbować wybielacz, wiecie, taki żrący i w ogóle, z chlorem. Polałam, dostałam zawału, gdyż plama rozrosła się do granic niteczek - na szczęście do niewielkich plamek, jak będę musiała wypruć 50 krzyżyków, to przeżyję.
I co? I działa. Wybielacz zeżarł flamaster i teraz - suprajs! - nie zeżarł nitek. Jak mi ktoś jeszcze raz powie, że wyszywam jakimś badziewiem, które jest na pewno podróbą, to wyśmieję. Tak, tak, DMC z Honk-Kongu daje radę i nie dało się zjeść wybielaczowi. O!
Teraz praca schnie i plan na weekend jest taki, żeby dokończyć stronę pierwszą. A potem stronę trzynastą z zegarów. A potem wrócić do poduszki - zostawiam ją dlatego, że też mam na nią focha ;) wczoraj machnęłam taki błąd, że rety rety, muszę pruć cały wczorajszy urobek, więc się obraziłam. Taki ze mnie obrażacz jeden.
Rano polałam więc pomazaną pracę całą dostępną chemią, która powinna pomóc. Nie pomógł denaturat, nie pomogła benzyna, nie pomogły odplamiacze, spirytus salicylowy, odkamieniacze, wyżeracze, cokolwiek ;) Z przypływie desperacji postanowiłam wypróbować wybielacz, wiecie, taki żrący i w ogóle, z chlorem. Polałam, dostałam zawału, gdyż plama rozrosła się do granic niteczek - na szczęście do niewielkich plamek, jak będę musiała wypruć 50 krzyżyków, to przeżyję.
I co? I działa. Wybielacz zeżarł flamaster i teraz - suprajs! - nie zeżarł nitek. Jak mi ktoś jeszcze raz powie, że wyszywam jakimś badziewiem, które jest na pewno podróbą, to wyśmieję. Tak, tak, DMC z Honk-Kongu daje radę i nie dało się zjeść wybielaczowi. O!
Teraz praca schnie i plan na weekend jest taki, żeby dokończyć stronę pierwszą. A potem stronę trzynastą z zegarów. A potem wrócić do poduszki - zostawiam ją dlatego, że też mam na nią focha ;) wczoraj machnęłam taki błąd, że rety rety, muszę pruć cały wczorajszy urobek, więc się obraziłam. Taki ze mnie obrażacz jeden.
piątek, 7 listopada 2014
A zajmuje mnie teraz to
Foch na bibliotekę spędzam w inny sposób.
Otóż co prawda miałam nie zaczynać NIC, ale wymyśliłam prezenty dla dziewcząt. Dla moich i dla córki brata - ma urodziny przed samymi świętami. A wszystkie dzieci są tak zawalone zabawkami, że naprawdę jest problem z tym, co tu jeszcze możnaby im ofiarować. I wymyśliłam poduszki haftowane. Kanwę, taką z megawielkimi oczkami - miałam, zakupioną milion lat temu. Znalazłam gazetki ze wzorami, w których wiedziałam, że są wzory na poduszki i się nieco załamałam. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że taka poduszka to ma ok. 40-50 krzyżyków. No, ma 72, jeśli ma być zahaftowane całe 40cm. Taka pamięć ;) A wzór znalazłam na 45-50 krzyżyków. I co teraz? Ano nic, zrobię rameczkę z materiału. Takie mam plany - w życiu nie szyłam poduszki, ale znalazłam tutoriale, jak prosto uszyć poduszkę. Kupiłam nawet materiały na tył, na rameczkę, na jakieś coś? Zobaczy się, mam jeszcze dużo czasu.
Przy okazji - ale numery z nićmi. Próbowałam, jak ten materiał bardzo rzadki można pokryć muliną, kordonkiem, wełną. Miałam pod ręką kordonki w kilku kolorach, dokupiłam czarną wełnę akrylową (za grubą, jak się okazało). Generalnie jest pewien misz-masz, zaraz go opiszę ;)
Różowy i żółty - dwie nici kordonka 8. Biały - dwie nici kordonka 5. Czarny - dwie nitki grubszej wełny :> A biało-niebieskie tło to jedna nitka niebieska 8 i jedna biała 5. Biały zaraz mi się skończy ;) Wzór to generalnie przerobienie czegoś takiego:
z wycięciem kwiatków, przeniesieniem ptaszora, i takimi tam - żeby się zmieścił w ten kawałek, który wycięłam (chwaliłam się tym, że wycięłam o 2-3 krzyżyki za mało? ;).
Przy okazji musiałam poczynić zakupy. Każda okazja dobra. A powód był taki: haftowania ostrą igłą (a tylko taką miałam w rozmiarze takim, że dało się nawlec 4 nitki grubego kordonka) to nie jest to, co lubię. Kupiłam więc igły plastikowe - bardzo trudno dostępne. Przy okazji obcinacz, małe nożyczki, duże nożyczki, takie przytrzymywadełko do szycia, kreda w kredce i kawałku - sprawdzę, jak schodzi z materiału, może to jest rozwiązanie na rysowanie krateczek, zamiast mazaka, który albo wysechł albo nie jest spieralny? Dorzuciłam jeszcze 'kilka' zestawów dla dzieci, ale 3-latki jeszcze ciężko jarzą ;) Nic to, będzie na potem. Zapomniałam zestawom zrobić zdjęcia, taka skleroza.
Oczywiście, jakbym na zdjęciu umieściła wszystko, co chciałam, to byłabym chora ;) Wielkość igły można zobaczyć na fotce z prezentacją aktualnej pracy - w lewym górnym rogu jest wbity kawałek szarego plastiku. Ale jaka to przyjemność wyszywania odpowiednią igłą. Mniam :)
Ach, zapomniałabym: pojechaliśmy na weekend do teściów, zabrałam zegary. Strona 13 to prawie samo tło, na ponad 3000 krzyżyków tła w dwóch kolorach jest ponad 2000 krzyżyków. Prawie wszystkie machnęłam. Jak skończę pierwszą poduszkę, to chyba - jeśli będzie już wyprana - dokończę 1 stronę biblioteki, a potem dokończę stronę w zegarach. Miałam w końcu postępować wg. planu ;)
Otóż co prawda miałam nie zaczynać NIC, ale wymyśliłam prezenty dla dziewcząt. Dla moich i dla córki brata - ma urodziny przed samymi świętami. A wszystkie dzieci są tak zawalone zabawkami, że naprawdę jest problem z tym, co tu jeszcze możnaby im ofiarować. I wymyśliłam poduszki haftowane. Kanwę, taką z megawielkimi oczkami - miałam, zakupioną milion lat temu. Znalazłam gazetki ze wzorami, w których wiedziałam, że są wzory na poduszki i się nieco załamałam. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że taka poduszka to ma ok. 40-50 krzyżyków. No, ma 72, jeśli ma być zahaftowane całe 40cm. Taka pamięć ;) A wzór znalazłam na 45-50 krzyżyków. I co teraz? Ano nic, zrobię rameczkę z materiału. Takie mam plany - w życiu nie szyłam poduszki, ale znalazłam tutoriale, jak prosto uszyć poduszkę. Kupiłam nawet materiały na tył, na rameczkę, na jakieś coś? Zobaczy się, mam jeszcze dużo czasu.
Przy okazji - ale numery z nićmi. Próbowałam, jak ten materiał bardzo rzadki można pokryć muliną, kordonkiem, wełną. Miałam pod ręką kordonki w kilku kolorach, dokupiłam czarną wełnę akrylową (za grubą, jak się okazało). Generalnie jest pewien misz-masz, zaraz go opiszę ;)
Różowy i żółty - dwie nici kordonka 8. Biały - dwie nici kordonka 5. Czarny - dwie nitki grubszej wełny :> A biało-niebieskie tło to jedna nitka niebieska 8 i jedna biała 5. Biały zaraz mi się skończy ;) Wzór to generalnie przerobienie czegoś takiego:
z wycięciem kwiatków, przeniesieniem ptaszora, i takimi tam - żeby się zmieścił w ten kawałek, który wycięłam (chwaliłam się tym, że wycięłam o 2-3 krzyżyki za mało? ;).
Przy okazji musiałam poczynić zakupy. Każda okazja dobra. A powód był taki: haftowania ostrą igłą (a tylko taką miałam w rozmiarze takim, że dało się nawlec 4 nitki grubego kordonka) to nie jest to, co lubię. Kupiłam więc igły plastikowe - bardzo trudno dostępne. Przy okazji obcinacz, małe nożyczki, duże nożyczki, takie przytrzymywadełko do szycia, kreda w kredce i kawałku - sprawdzę, jak schodzi z materiału, może to jest rozwiązanie na rysowanie krateczek, zamiast mazaka, który albo wysechł albo nie jest spieralny? Dorzuciłam jeszcze 'kilka' zestawów dla dzieci, ale 3-latki jeszcze ciężko jarzą ;) Nic to, będzie na potem. Zapomniałam zestawom zrobić zdjęcia, taka skleroza.
Oczywiście, jakbym na zdjęciu umieściła wszystko, co chciałam, to byłabym chora ;) Wielkość igły można zobaczyć na fotce z prezentacją aktualnej pracy - w lewym górnym rogu jest wbity kawałek szarego plastiku. Ale jaka to przyjemność wyszywania odpowiednią igłą. Mniam :)
Ach, zapomniałabym: pojechaliśmy na weekend do teściów, zabrałam zegary. Strona 13 to prawie samo tło, na ponad 3000 krzyżyków tła w dwóch kolorach jest ponad 2000 krzyżyków. Prawie wszystkie machnęłam. Jak skończę pierwszą poduszkę, to chyba - jeśli będzie już wyprana - dokończę 1 stronę biblioteki, a potem dokończę stronę w zegarach. Miałam w końcu postępować wg. planu ;)
Biblioteka - listopad
Kiepściutko, oj kiepściutko.
Pisałam na fb o tym, że machnęłam sobie krateczkę, problem w tym, że nie tym mazakiem. Ten zielony, ten zielony, kto by się przejmował tym, że jeden nie spiera się zupełnie ;) No już po drugim przedłużania tej krateczki zorientowałam się, że to nie ten spieralny. Przy okazji bibliotekę przenosiłam na krośnie i taka niespodzianka. Ściągnęłam całkiem, do pralki i dawaj. Nie zeszło, nie do końca. Do wywabiania plam chemią jeszcze nie usiadłam - może mężowi zlecę. Benzyna albo denaturat biały. Nie wiem, na razie się zraziłam.
A zanim wrzuciłam pracę do pralki, zrobione było tyle:
Zaczęłam kreinika. O! Mój! Boże! Jaka cudna nić. I tak, w pralce nic się z nią nie dzieje ;) Widać kawałeczek na tym skrawku bez tła. Wspaniałości.
Na tej foteczce widać, jak wygląda kratka po wypraniu juz. Niby nic, ale tam ma być akurat jasna, jasna chmura. Nie wiem, czy zakryje. Raczej tak, ale na razie problem z tym mazakiem mnie odrzucił od biblioteki i tak w stanie odrzucenia sobie trwam. Zapewne wrócę, no ale, na razie mam focha ;)
Pisałam na fb o tym, że machnęłam sobie krateczkę, problem w tym, że nie tym mazakiem. Ten zielony, ten zielony, kto by się przejmował tym, że jeden nie spiera się zupełnie ;) No już po drugim przedłużania tej krateczki zorientowałam się, że to nie ten spieralny. Przy okazji bibliotekę przenosiłam na krośnie i taka niespodzianka. Ściągnęłam całkiem, do pralki i dawaj. Nie zeszło, nie do końca. Do wywabiania plam chemią jeszcze nie usiadłam - może mężowi zlecę. Benzyna albo denaturat biały. Nie wiem, na razie się zraziłam.
A zanim wrzuciłam pracę do pralki, zrobione było tyle:
Zaczęłam kreinika. O! Mój! Boże! Jaka cudna nić. I tak, w pralce nic się z nią nie dzieje ;) Widać kawałeczek na tym skrawku bez tła. Wspaniałości.
Na tej foteczce widać, jak wygląda kratka po wypraniu juz. Niby nic, ale tam ma być akurat jasna, jasna chmura. Nie wiem, czy zakryje. Raczej tak, ale na razie problem z tym mazakiem mnie odrzucił od biblioteki i tak w stanie odrzucenia sobie trwam. Zapewne wrócę, no ale, na razie mam focha ;)
czwartek, 23 października 2014
Bez obrazków post :>
A teraz znowu będą liczby. Kocham liczby, uwielbiam liczby.
Aczkolwiek, jak zobaczyłam te, to trochę mi mina zrzedła. Odkopałam stary remanent zrobionych prac, wszak ładnych kilka lat już wyszywam (a kilka nie wyszywam, bo przerwy i jeszcze nie takie chciejstwo). Wyszło mi na to, że do tej pory wyhaftowałam jakieś 460 tysięcy krzyżyków. Niby fajnie, prawie pół miliona krzyżyków, można w sumie do tego zaokrąglić, bo starych prac nie miałam dokładnie pomierzonych. Niech będzie pół miliona krzyżyków.
A teraz podsumowanie (też plus minus, bo zdjęcia bez tła liczę na mniej więcej połowę rozmiaru, wiadomo, że nie zawsze tak to wychodzi) moich planów:
Biblioteka - zostało 280000, 280 tysięcy krzyżyków! no ale ;)
Bambusy - zostało 10 tysięcy,
Bibliotekarka - około 100 tysięcy.
Galeria - 152 tysiące,
Kuchenne 'drobiazgi' po 15 tysięcy każdy (niby długie, ale wąskie, no i bez tła)
Samochodziki - łącznie to kilkanaście tysięcy krzyżyków, z czym do ludzi ;)
Wzór geometryczny - 29 tysięcy.
Łącznie w aktualnych planach jest 600 tysięcy krzyżyków, czyli więcej, niż wyhaftowałam do tej pory.
Tak, wiem, duże formy wyszywa się inaczej. I niektóre są łatwe. A niektóre nie. Ale mam w planach tyle roboty. A chciałam je już mieć teraz ;)
Natomiast muszę zrobić jakieś założenie, albo coś. Przydatne będzie takie: jedną pracę zacznę, dopiero mogę zaczynać następną. Zaczętych mam cztery (takich, które zamierzam skończyć). Bywało gorzej?
Aczkolwiek, jak zobaczyłam te, to trochę mi mina zrzedła. Odkopałam stary remanent zrobionych prac, wszak ładnych kilka lat już wyszywam (a kilka nie wyszywam, bo przerwy i jeszcze nie takie chciejstwo). Wyszło mi na to, że do tej pory wyhaftowałam jakieś 460 tysięcy krzyżyków. Niby fajnie, prawie pół miliona krzyżyków, można w sumie do tego zaokrąglić, bo starych prac nie miałam dokładnie pomierzonych. Niech będzie pół miliona krzyżyków.
A teraz podsumowanie (też plus minus, bo zdjęcia bez tła liczę na mniej więcej połowę rozmiaru, wiadomo, że nie zawsze tak to wychodzi) moich planów:
Biblioteka - zostało 280000, 280 tysięcy krzyżyków! no ale ;)
Bambusy - zostało 10 tysięcy,
Bibliotekarka - około 100 tysięcy.
Galeria - 152 tysiące,
Kuchenne 'drobiazgi' po 15 tysięcy każdy (niby długie, ale wąskie, no i bez tła)
Samochodziki - łącznie to kilkanaście tysięcy krzyżyków, z czym do ludzi ;)
Wzór geometryczny - 29 tysięcy.
Łącznie w aktualnych planach jest 600 tysięcy krzyżyków, czyli więcej, niż wyhaftowałam do tej pory.
Tak, wiem, duże formy wyszywa się inaczej. I niektóre są łatwe. A niektóre nie. Ale mam w planach tyle roboty. A chciałam je już mieć teraz ;)
Natomiast muszę zrobić jakieś założenie, albo coś. Przydatne będzie takie: jedną pracę zacznę, dopiero mogę zaczynać następną. Zaczętych mam cztery (takich, które zamierzam skończyć). Bywało gorzej?
Inwentaryzacja i hafciarska lista marzeń
Komentarz do poprzedniej notki natchnął mnie do zrobienia listy planów / remanentu / inwentaryzacji, żeby w ogóle wiedzieć, co zamierzam zrobić, co mam do skończenia - tak, dla porządku.
Ostatnie dni nie sprzyjały haftowaniu. Niby to była końcówka zwolnienia lekarskiego (od czterech dni w pracy), ale strasznie zagoniona byłam. Od lekarza, do lekarza. Sprzątanie, gotowanie - dziewczętom zrobiliśmy urodziny w weekend (urodziny miały po prawdzie wczoraj :) ), to wszystko sprawiło, że w kolosach nie zrobiłam nic. Jeszcze w ostatni dzień zwolnienia dziubnęłam pannom dwa zające, wszak od kilku dni są zającami (ostatnio młodsza jest małą kozą, ale w zeszłym tygodniu była zającem, no!). Nawet oprawiłam razem z autkami, proszę, oto fotka
ale od razu widać, że napisy w autkach są do poprawy - za mało odróżniają się od tła (dorobię fuksjowe / fioletowe / czerwone backstitche i będzie ok). No i sama ramka do zmiany, chciałam zające wrzucić do kwadratowych ramek, tylko, że te mi gdzieś w tym rozgardiaszu po prostu zginęły. Na kilka dni zgubiłam też spodnie, co mniej więcej opisuje chaos, jaki był i jest w moim domu :)
Przy okazji powiesiłam poprzednie twory (w tym jeden, który dziewczęta dostały od cioci w dniu urodzin - to metryczka). Reszta to moje dzieła. Ściana w pokoju dziecięcym wygląda mniej więcej tak, koty bardzo fajnie się wpasowały. Musiałam zostawić dużo miejsca wolnego, bo mam jeszcze dwa nierozpakowane obrazy dla dzieci oraz plany! Plany! W tym na obrazki dziecięce też - jest ich tak dużo, a życzenia dziewczyn zmieniają się w takim tempie, że mam zajęcie na długie lata. Na szczęście ścian też jest trochę.
Dobra, to teraz lista.
W trakcie:
Zegary - od dawna nie ruszone, zakończone 12 stron i tyle.
Biblioteka - niewiele brakuje do zakończenia pierwszej strony, ale jak odłożyłam, tak leży. No, może zrobiłam z 50 krzyżyków ostatnio. Bardzo, bardzo niewiele.
Przepraszam za zdjęcie tak bardzo z ukosa, ale krosno jest teraz umieszczone na stercie wszystkiego, nie udało mi się go wczoraj wydobyć. Porządki - w planach na weekend. Wtedy na pewno krosno wydobędę, bo chcę skończyć stronę. W końcu.
Bambusy - wydrukowany wzór raptem 5 lat temu ;) Dokopałam się do niego i zaczęłam dziergać zieleniny. Przy okazji odkryłam, że nie mam wszystkich nici, te, co mam, są źle dobrane i w ogóle, ale muszę to skończyć, aby zacząć jedzeniowe kolosy.
Bambusy odkopane - przez ostatnie trzy lata to chyba tylko backstitche machnęłam wokół czarnych wzorów i trochę tej zieleniny. Po kilku dniach wyglądają już tak (w tym nowa plama po prawej stronie u góry ;) kapnęła woda do picia i rozpuściła mazaczek spieralny - widać, że spieralny, prawda?)
Biedrony - rzuciłam się, jak szczerbaty, na suchary, trochę porobiłam i odłożyłam. Miałam wrócić, ale zgubiłam wzór. Potem wydrukowałam jeszcze raz, miałam wrócić, ale akurat na tyle poprawił się mój stan na tym zwolnieniu, że nie do biedrony usiadłam, tylko do sprzątania świata.
Biedrona wygląda aktualnie tak.
Trochę do zrobienia zostało ;)
A teraz plany, czyli coś, co jeszcze nawet nie jest przygotowane. Ale na liście jest musowo.
Bibliotekarka
Galeria
Duża kanapka
Duży deser
Wzorek geometryczny
I z malizn - seria z czerwonym autkiem
I tutaj bez zdjęcia - dwa obrusiki hardangerowe na komody w przedpokoju - ostatnio odkopałam w końcu małe i średnie serwetki do przystrojenia tych komód i stwierdziłam, że super pasują. Mam jeszcze średniotrafiony zakup - kanwę 18 albo 20, która ma jeden feler, jest nierówna ;) ale do prostokątnego bieżniczka może być. Wzór będzie podobny do tej serwetki, nie wiem nawet, czy go będę rozpisywać, czy nie pójdę bardziej na żywioł, czyli wytnę, zaznaczę granicę i w nich będę się musiała trzymać, bo praca ma mieć wymiary mocno mniej więcej, ma być prosta, ale trochę kolorowa. I nie mieć za dużo wycinanek, bo te, o ile dobrze pamiętam, mojemu zdrowiu psychicznemu nie służą (kiedyś zepsułam serwetkę). Serwetka, która, o ile dobrze pamiętam, robiła się sama, wygląda tak:
Mam też zaczęte dwie prace, które nigdy przenigdy nie zostaną zakończone - jeden obraz ze źle dobranymi nićmi, na złej kanwie 11ct, a poza tym chyba nie mam wzoru. Oraz jedna praca zaczęta na podmalowanym tle i z wydrukowanym wzorem. Masakra. Nigdy, przenigdy więcej. Zaczęte też jakieś serweto-podkładki hardangerowe, ale co do nich, to nie wiem, po prostu nie wiem. Na pewno nie będę ich wykopywać, żeby im robić zdjęcia i żeby mi właziły na ambicje ;)
Ostatnie dni nie sprzyjały haftowaniu. Niby to była końcówka zwolnienia lekarskiego (od czterech dni w pracy), ale strasznie zagoniona byłam. Od lekarza, do lekarza. Sprzątanie, gotowanie - dziewczętom zrobiliśmy urodziny w weekend (urodziny miały po prawdzie wczoraj :) ), to wszystko sprawiło, że w kolosach nie zrobiłam nic. Jeszcze w ostatni dzień zwolnienia dziubnęłam pannom dwa zające, wszak od kilku dni są zającami (ostatnio młodsza jest małą kozą, ale w zeszłym tygodniu była zającem, no!). Nawet oprawiłam razem z autkami, proszę, oto fotka
ale od razu widać, że napisy w autkach są do poprawy - za mało odróżniają się od tła (dorobię fuksjowe / fioletowe / czerwone backstitche i będzie ok). No i sama ramka do zmiany, chciałam zające wrzucić do kwadratowych ramek, tylko, że te mi gdzieś w tym rozgardiaszu po prostu zginęły. Na kilka dni zgubiłam też spodnie, co mniej więcej opisuje chaos, jaki był i jest w moim domu :)
Przy okazji powiesiłam poprzednie twory (w tym jeden, który dziewczęta dostały od cioci w dniu urodzin - to metryczka). Reszta to moje dzieła. Ściana w pokoju dziecięcym wygląda mniej więcej tak, koty bardzo fajnie się wpasowały. Musiałam zostawić dużo miejsca wolnego, bo mam jeszcze dwa nierozpakowane obrazy dla dzieci oraz plany! Plany! W tym na obrazki dziecięce też - jest ich tak dużo, a życzenia dziewczyn zmieniają się w takim tempie, że mam zajęcie na długie lata. Na szczęście ścian też jest trochę.
Dobra, to teraz lista.
W trakcie:
Zegary - od dawna nie ruszone, zakończone 12 stron i tyle.
Biblioteka - niewiele brakuje do zakończenia pierwszej strony, ale jak odłożyłam, tak leży. No, może zrobiłam z 50 krzyżyków ostatnio. Bardzo, bardzo niewiele.
Przepraszam za zdjęcie tak bardzo z ukosa, ale krosno jest teraz umieszczone na stercie wszystkiego, nie udało mi się go wczoraj wydobyć. Porządki - w planach na weekend. Wtedy na pewno krosno wydobędę, bo chcę skończyć stronę. W końcu.
Bambusy - wydrukowany wzór raptem 5 lat temu ;) Dokopałam się do niego i zaczęłam dziergać zieleniny. Przy okazji odkryłam, że nie mam wszystkich nici, te, co mam, są źle dobrane i w ogóle, ale muszę to skończyć, aby zacząć jedzeniowe kolosy.
Bambusy odkopane - przez ostatnie trzy lata to chyba tylko backstitche machnęłam wokół czarnych wzorów i trochę tej zieleniny. Po kilku dniach wyglądają już tak (w tym nowa plama po prawej stronie u góry ;) kapnęła woda do picia i rozpuściła mazaczek spieralny - widać, że spieralny, prawda?)
Biedrony - rzuciłam się, jak szczerbaty, na suchary, trochę porobiłam i odłożyłam. Miałam wrócić, ale zgubiłam wzór. Potem wydrukowałam jeszcze raz, miałam wrócić, ale akurat na tyle poprawił się mój stan na tym zwolnieniu, że nie do biedrony usiadłam, tylko do sprzątania świata.
Biedrona wygląda aktualnie tak.
Trochę do zrobienia zostało ;)
A teraz plany, czyli coś, co jeszcze nawet nie jest przygotowane. Ale na liście jest musowo.
Bibliotekarka
Galeria
Duża kanapka
Duży deser
Wzorek geometryczny
I z malizn - seria z czerwonym autkiem
I tutaj bez zdjęcia - dwa obrusiki hardangerowe na komody w przedpokoju - ostatnio odkopałam w końcu małe i średnie serwetki do przystrojenia tych komód i stwierdziłam, że super pasują. Mam jeszcze średniotrafiony zakup - kanwę 18 albo 20, która ma jeden feler, jest nierówna ;) ale do prostokątnego bieżniczka może być. Wzór będzie podobny do tej serwetki, nie wiem nawet, czy go będę rozpisywać, czy nie pójdę bardziej na żywioł, czyli wytnę, zaznaczę granicę i w nich będę się musiała trzymać, bo praca ma mieć wymiary mocno mniej więcej, ma być prosta, ale trochę kolorowa. I nie mieć za dużo wycinanek, bo te, o ile dobrze pamiętam, mojemu zdrowiu psychicznemu nie służą (kiedyś zepsułam serwetkę). Serwetka, która, o ile dobrze pamiętam, robiła się sama, wygląda tak:
Mam też zaczęte dwie prace, które nigdy przenigdy nie zostaną zakończone - jeden obraz ze źle dobranymi nićmi, na złej kanwie 11ct, a poza tym chyba nie mam wzoru. Oraz jedna praca zaczęta na podmalowanym tle i z wydrukowanym wzorem. Masakra. Nigdy, przenigdy więcej. Zaczęte też jakieś serweto-podkładki hardangerowe, ale co do nich, to nie wiem, po prostu nie wiem. Na pewno nie będę ich wykopywać, żeby im robić zdjęcia i żeby mi właziły na ambicje ;)
Muszę, bo się uduszę
Przeglądając ostatnio Wasze blogi (w końcu nadrobiłam zaległości :) ) trafiłam na zdjęcie z najnowszego numeru Cross Stitch Crazy, nr 195. I umarłam w butach!
No po prostu muszę to zrobić! Nie wiem kiedy, wszak dwa rozgrzebane kolosy, UFOK, który się doczekał zaszczytu powrotu do niego, biedrona, w planach dwa duże kuchenne obrazy, no i to. Ale po prostu muszę. Uwielbiam geometryczne wzory (czego dowodem fraktalowy zegar), na początku wydawało mi się, że to nawet nie krzyżyki, a needlepoint (a może przerobię wzór na needlepoint, kto wie?). Również - wbrew pozorom - nie jest to mała praca, o nie. 168x168. Nie równa się z kolosami, no ale jednak. Nawet mężowi się spodobało. Na listę więc trafi na pewno.
No po prostu muszę to zrobić! Nie wiem kiedy, wszak dwa rozgrzebane kolosy, UFOK, który się doczekał zaszczytu powrotu do niego, biedrona, w planach dwa duże kuchenne obrazy, no i to. Ale po prostu muszę. Uwielbiam geometryczne wzory (czego dowodem fraktalowy zegar), na początku wydawało mi się, że to nawet nie krzyżyki, a needlepoint (a może przerobię wzór na needlepoint, kto wie?). Również - wbrew pozorom - nie jest to mała praca, o nie. 168x168. Nie równa się z kolosami, no ale jednak. Nawet mężowi się spodobało. Na listę więc trafi na pewno.
wtorek, 7 października 2014
Październikowa biblioteka
W końcu przyszła na mnie kolej :) Publikacja Biblioteki będzie następowała między 7 a 9 dniem miesiąca. Tak ustalono, to postaram się trzymać.
Przy okazji wymyśliłam też własny harmonogram - strona Biblioteki i strona Zegarów (chyba, że mnie poniesie w którejś z prac, ale mam przyzwolenie moje własne na nie więcej niż 2 strony bez zmiany pracy).
Dobra, koniec tego gadania, czas coś pokazać. Stan na 7 października, 5 dni wyszywania (dzisiaj jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa). Jak widać, fajnie idzie, bo już ze dwa kwadraty zrobiły się przy okazji, nie musiałam w nich zaczynać żadnej nitki, tylko powstały nitkami, które były zaczęte obok. Wyszedł też mniej więcej styl i kolejność wyszywania - kwadracik po kwadraciku, po 2 kolumny. Teraz więc będzie 3 i 4, wiersze aż do 8-mego, potem 5, 6 i pewnie 7 od razu, bo ta kolumna jest podzielona między strony, potem kolejna strona. Tutaj nie wiem, czy będę szła w drugą, czy trzynastą - na dole. Kanwę mam rozpiętą tak, że są doskonale widoczne i dostępne całe cztery strony, 2x2 dokładnie.
Żeby było zabawnie - ufoki, jak leżały, tak leżą. Metryczki dzisiaj wręczam - nad ranem urodziła się Wiktoria, w końcu jestem prawdziwą ciocią, a nie tylko żoną wujka. A co do innych prac - wymyśliłam dwie nowe, na okolice kuchennych drzwi. Mała prezentacja:
No to tyle na dzisiaj, zmykam do haftowania, bo zaraz mam inne zajęcia.
Przy okazji wymyśliłam też własny harmonogram - strona Biblioteki i strona Zegarów (chyba, że mnie poniesie w którejś z prac, ale mam przyzwolenie moje własne na nie więcej niż 2 strony bez zmiany pracy).
Dobra, koniec tego gadania, czas coś pokazać. Stan na 7 października, 5 dni wyszywania (dzisiaj jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa). Jak widać, fajnie idzie, bo już ze dwa kwadraty zrobiły się przy okazji, nie musiałam w nich zaczynać żadnej nitki, tylko powstały nitkami, które były zaczęte obok. Wyszedł też mniej więcej styl i kolejność wyszywania - kwadracik po kwadraciku, po 2 kolumny. Teraz więc będzie 3 i 4, wiersze aż do 8-mego, potem 5, 6 i pewnie 7 od razu, bo ta kolumna jest podzielona między strony, potem kolejna strona. Tutaj nie wiem, czy będę szła w drugą, czy trzynastą - na dole. Kanwę mam rozpiętą tak, że są doskonale widoczne i dostępne całe cztery strony, 2x2 dokładnie.
Żeby było zabawnie - ufoki, jak leżały, tak leżą. Metryczki dzisiaj wręczam - nad ranem urodziła się Wiktoria, w końcu jestem prawdziwą ciocią, a nie tylko żoną wujka. A co do innych prac - wymyśliłam dwie nowe, na okolice kuchennych drzwi. Mała prezentacja:
niedziela, 5 października 2014
Idzie, idzie nowe. O, już przyszło.
Na FB powstała grupa wsparcia, która miała rozpocząć pracę nad nowymi obrazami HAED od 1 października (moment startu jest mocno rozciągnięty, można zacząć nawet ostatniego listopada). Nie trzeba mi było dwa razy mówić - dobry powód, żeby w końcu zacząć biblioteczkę.
Ale tak miałam zacząć i nie zacząć, tak mi się nie chciało, zegary podgoniłam i w ogóle. Aż tu nagle przyszła inspiracja. Żona kolegi z pracy poprosiła o wzór do zegarów, tak sobie korespondowałyśmy mailowo przez chwilę i zasiała w mojej głowie jedną myśl. Jak sama napisała, nie lubi krzyżyków, tylko robi hafty ściegiem gobelinowym. Hmmm, a może by tak spróbować? Przy małych pracach chyba nie ma sensu, zysk czasowy będzie niewielki. A tu nowa praca, można spróbować czegoś nowego w sensie techniki, jak nie wyjdzie powiedzmy na 100 krzyżykach (półkrzyżykach, ale nie czepiajmy się ;) ), to się najwyżej spruje i zacznie od nowa.
Zaczęłam więc 1 października. I mnie olśniło! Od tej pory kolosy tylko tak.
Wyszywa się inaczej. Szybciej, ale nie dwa razy szybciej. Przy krzyżykach i nawet przy 18ct potrafię czasem zrobić dwa wkłucia na jeden ruch ręki, no przy półkrzyżykach robionych taką ilością nici jest to niemal niemożliwie. Niemal, bo jednak jest takie ułożenie krzyżyków, że się udaje, ale rzadko. Tempo więc wzrosło, ale nie dwa razy.
Ilość nitek - skoro na 18ct krzyżyki pełne robię dwoma nitkami, to tutaj czterema. Powiem Wam, że chwilę mi zajęło zajarzenie tego, że przy czterech można równie cudnie rozdzielać nitki, zaczynać pętelką, itp. No normalnie geniusz robótek, ale ważne, że w końcu to do mnie dotarło.
Dalsze wrażenia. W związku z ilością nici wyszywa się nieco ciężej - normalnie jak fizyczna praca. Przewlec 4 nitki przez dziurkę na 18ct to nie takie nic.
Wielka ilość kolorów. To już mniej związane z samą techniką, co po prostu wzorem. 89 kolorów, część się powtarza z zegarami, generalnie - dużo dobra. W poprzednim poście pokazałam zdjęcie organizera na mulinę do takiej pracy. Inaczej nie umiałam. Robiłam bałagan straszny, usprzątanie kilkunastu - kilkudziesięciu bobinek po każdej sesji, po dwóch już miałam dosyć (to, plus moje wywalenia pudełek i układanie wszystkiego od nowa). No i nawlekanie - też normalnie odkrycie roku! Przy zegarach wpadłam na to chyba w połowie pierwszej strony, może na drugiej? Że trzeba mieć tyle igieł, ile nici, to się to wiecze odkręcanie, nawlekanie, zakręcanie nieco zmniejszy. To się zmniejszyło. Tylko, że nie mam wolnych 80 igieł. Raptem 20. Ale to już coś. Dopiero co zaczęłam pracę, a już się zdarzały powtórzone kolory, więc JUŻ jest zysk. A będzie jeszcze większy, jak wszystkie kolory zacznę i będę miała igły. 80 igieł zamówionych, będą niestety dopiero w przyszłym tygodniu.
Jeszcze kilka słów o organizacji haftowania, zaraz będzie o jej kolejności.
Jak można było zauważyć w poprzednim poście, haftuję z pomocą komputera. Nie zamierzam nie korzystać z techniki, jeśli jest po prostu pomocna ;) Nie zamierzam nikogo przekonywać do tego, jako do jedynej słusznej metody, nawracać czy udowadniać wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Mnie jest prościej, więc ja korzystam. A że jeszcze ktoś się zainspirował - tym lepiej.
I bardzo ważna rzecz - ustawienie tych wszystkich ustrojstw do haftowania. Mamy więc wygodny fotel, obok podnóżek, na którym jest laptop (duża krowa 17 cali, więc zajmuje dużo miejsca, ale nie męczy wzoru, kiedy trzeba obserwować, co za chwilę wyszyć), przede mną krosno (dopasowane wysokością do fotela właśnie, wszak mam problemy z kręgosłupem - za darmo na tym l4 nie siedzę), po prawej stronie na krześle jest pojemnik z mulinami i pudło z igłami (taki miniigielniczek, już widzę, że się nie sprawdza i będę musiała wymyślić jakiś inny). Zajmuje to bardzo dużo miejsca, naprawdę. KIedy kończę sesje, pudełka lądują jedne na drugich, krosno wynoszę do innego pokoju (jest duże, ale w miarę lekkie, więc jest też przenośne), komputer wraca na stół, albo na jakąś stertę papierniczo-elektroniczną.
I kilka słów o kolejności wyszywania.
Zaczęłam parkować. I jak szybko zaczęłam, tak szybko skończyłam. Nie łapię, nie czaję, nie widzę sensu, bo po prostu co chwilę przyszywałam zaparkowane nitki, a odganianie się od nich przy moim trochę chaotycznym sposobie haftowania za dużo nerwów mnie kosztuje. Oczywiście haftuję stronami, ale tylko tak trochę ;) tak z przymrużeniem oka. Zaczęłam od lewego górnego rogu i posuwam się kwadratami w dwóch kolumnach w dół. W aktualnej sesji mam nadzieję skończyć kwadrat 9, więc będą zakończone 4 rzędy po 2 kwadraty 10x10 i jeszcze jeden kwadracik poniżej. Tak, powiedzenie, że będą zakończone, jest bardzo dobrym określeniem. I ujawnia też, dlaczego parkowanie jednak do mnie nie trafiło. Pomijając burdel w nitkach, nie widzę sensu przerywania pracy z danym kolorem tylko dlatego, że skończyłam dany kwadracik ;) Robię więc z niego kolory po kolei, ale ani nie kończę nitki, kiedy skończę kwadrat, ani jej nie parkuję. Wyszywam to, co się mieści w jej zasięgu. Głównym kierunkiem jest dół, ale jeśli jest tak, że kolor idzie głównie w poziomie, to nie ma mocnych - idę w prawo. Dzięki temu mam niecałe 9 kwadracików skończonych, ale zaczętych prawie setkę. Fotka z postępami będzie w dniu publikacji w grupie na FB, żeby nie było, że rzucam zdjęciami na lewo i prawo ;)
I tak sobie kończąć niteczki zawędrowałam na stronę nr 2 - po prawej stronie, i na stronę nr 13 - na dole. Może to uratuje obraz od pocięcia na kwadraciki / strony, skoro kolory mniej więcej płynnie przechodzą. Oby!
Ratuje mnie to też w sytuacji niedoboru igieł - kiedy kończę nitkę, nie muszę nawleczonej nigdzie odkładać, bo nie ma nitki po prostu :)
A teraz biegnę do dzieci - wyhasane chyba są zmęczone, może pójdą sensownie spać i da się dzisiaj coś podziubać.
Ale tak miałam zacząć i nie zacząć, tak mi się nie chciało, zegary podgoniłam i w ogóle. Aż tu nagle przyszła inspiracja. Żona kolegi z pracy poprosiła o wzór do zegarów, tak sobie korespondowałyśmy mailowo przez chwilę i zasiała w mojej głowie jedną myśl. Jak sama napisała, nie lubi krzyżyków, tylko robi hafty ściegiem gobelinowym. Hmmm, a może by tak spróbować? Przy małych pracach chyba nie ma sensu, zysk czasowy będzie niewielki. A tu nowa praca, można spróbować czegoś nowego w sensie techniki, jak nie wyjdzie powiedzmy na 100 krzyżykach (półkrzyżykach, ale nie czepiajmy się ;) ), to się najwyżej spruje i zacznie od nowa.
Zaczęłam więc 1 października. I mnie olśniło! Od tej pory kolosy tylko tak.
Wyszywa się inaczej. Szybciej, ale nie dwa razy szybciej. Przy krzyżykach i nawet przy 18ct potrafię czasem zrobić dwa wkłucia na jeden ruch ręki, no przy półkrzyżykach robionych taką ilością nici jest to niemal niemożliwie. Niemal, bo jednak jest takie ułożenie krzyżyków, że się udaje, ale rzadko. Tempo więc wzrosło, ale nie dwa razy.
Ilość nitek - skoro na 18ct krzyżyki pełne robię dwoma nitkami, to tutaj czterema. Powiem Wam, że chwilę mi zajęło zajarzenie tego, że przy czterech można równie cudnie rozdzielać nitki, zaczynać pętelką, itp. No normalnie geniusz robótek, ale ważne, że w końcu to do mnie dotarło.
Dalsze wrażenia. W związku z ilością nici wyszywa się nieco ciężej - normalnie jak fizyczna praca. Przewlec 4 nitki przez dziurkę na 18ct to nie takie nic.
Wielka ilość kolorów. To już mniej związane z samą techniką, co po prostu wzorem. 89 kolorów, część się powtarza z zegarami, generalnie - dużo dobra. W poprzednim poście pokazałam zdjęcie organizera na mulinę do takiej pracy. Inaczej nie umiałam. Robiłam bałagan straszny, usprzątanie kilkunastu - kilkudziesięciu bobinek po każdej sesji, po dwóch już miałam dosyć (to, plus moje wywalenia pudełek i układanie wszystkiego od nowa). No i nawlekanie - też normalnie odkrycie roku! Przy zegarach wpadłam na to chyba w połowie pierwszej strony, może na drugiej? Że trzeba mieć tyle igieł, ile nici, to się to wiecze odkręcanie, nawlekanie, zakręcanie nieco zmniejszy. To się zmniejszyło. Tylko, że nie mam wolnych 80 igieł. Raptem 20. Ale to już coś. Dopiero co zaczęłam pracę, a już się zdarzały powtórzone kolory, więc JUŻ jest zysk. A będzie jeszcze większy, jak wszystkie kolory zacznę i będę miała igły. 80 igieł zamówionych, będą niestety dopiero w przyszłym tygodniu.
Jeszcze kilka słów o organizacji haftowania, zaraz będzie o jej kolejności.
Jak można było zauważyć w poprzednim poście, haftuję z pomocą komputera. Nie zamierzam nie korzystać z techniki, jeśli jest po prostu pomocna ;) Nie zamierzam nikogo przekonywać do tego, jako do jedynej słusznej metody, nawracać czy udowadniać wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Mnie jest prościej, więc ja korzystam. A że jeszcze ktoś się zainspirował - tym lepiej.
I bardzo ważna rzecz - ustawienie tych wszystkich ustrojstw do haftowania. Mamy więc wygodny fotel, obok podnóżek, na którym jest laptop (duża krowa 17 cali, więc zajmuje dużo miejsca, ale nie męczy wzoru, kiedy trzeba obserwować, co za chwilę wyszyć), przede mną krosno (dopasowane wysokością do fotela właśnie, wszak mam problemy z kręgosłupem - za darmo na tym l4 nie siedzę), po prawej stronie na krześle jest pojemnik z mulinami i pudło z igłami (taki miniigielniczek, już widzę, że się nie sprawdza i będę musiała wymyślić jakiś inny). Zajmuje to bardzo dużo miejsca, naprawdę. KIedy kończę sesje, pudełka lądują jedne na drugich, krosno wynoszę do innego pokoju (jest duże, ale w miarę lekkie, więc jest też przenośne), komputer wraca na stół, albo na jakąś stertę papierniczo-elektroniczną.
I kilka słów o kolejności wyszywania.
Zaczęłam parkować. I jak szybko zaczęłam, tak szybko skończyłam. Nie łapię, nie czaję, nie widzę sensu, bo po prostu co chwilę przyszywałam zaparkowane nitki, a odganianie się od nich przy moim trochę chaotycznym sposobie haftowania za dużo nerwów mnie kosztuje. Oczywiście haftuję stronami, ale tylko tak trochę ;) tak z przymrużeniem oka. Zaczęłam od lewego górnego rogu i posuwam się kwadratami w dwóch kolumnach w dół. W aktualnej sesji mam nadzieję skończyć kwadrat 9, więc będą zakończone 4 rzędy po 2 kwadraty 10x10 i jeszcze jeden kwadracik poniżej. Tak, powiedzenie, że będą zakończone, jest bardzo dobrym określeniem. I ujawnia też, dlaczego parkowanie jednak do mnie nie trafiło. Pomijając burdel w nitkach, nie widzę sensu przerywania pracy z danym kolorem tylko dlatego, że skończyłam dany kwadracik ;) Robię więc z niego kolory po kolei, ale ani nie kończę nitki, kiedy skończę kwadrat, ani jej nie parkuję. Wyszywam to, co się mieści w jej zasięgu. Głównym kierunkiem jest dół, ale jeśli jest tak, że kolor idzie głównie w poziomie, to nie ma mocnych - idę w prawo. Dzięki temu mam niecałe 9 kwadracików skończonych, ale zaczętych prawie setkę. Fotka z postępami będzie w dniu publikacji w grupie na FB, żeby nie było, że rzucam zdjęciami na lewo i prawo ;)
I tak sobie kończąć niteczki zawędrowałam na stronę nr 2 - po prawej stronie, i na stronę nr 13 - na dole. Może to uratuje obraz od pocięcia na kwadraciki / strony, skoro kolory mniej więcej płynnie przechodzą. Oby!
Ratuje mnie to też w sytuacji niedoboru igieł - kiedy kończę nitkę, nie muszę nawleczonej nigdzie odkładać, bo nie ma nitki po prostu :)
A teraz biegnę do dzieci - wyhasane chyba są zmęczone, może pójdą sensownie spać i da się dzisiaj coś podziubać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)